
Czy już w podstawówce można przewidzieć, że dziecko za kilka lat wypadnie z systemu edukacji i nie znajdzie pracy? W Anglii pojawił się pomysł, by znacznie wcześniej identyfikować uczniów, którym może to grozić. Zwolennicy mówią o szansie na szybszą pomoc. Przeciwnicy ostrzegają przed przyklejaniem dzieciom etykiet.
Wyobraźmy sobie 11-latka kończącego szkołę podstawową. Ma sporo nieobecności, słabsze oceny, być może mierzy się z trudną sytuacją w domu. Czy na tej podstawie szkoła powinna już dziś uznać, że za kilka lat może znaleźć się poza edukacją i rynkiem pracy?
W Wielkiej Brytanii trwa właśnie dyskusja na ten temat. Alan Milburn, były minister zdrowia, który na zlecenie brytyjskiego Departamentu Pracy i Emerytur kieruje niezależnym przeglądem dotyczącym młodych ludzi i pracy, chce postawić znacznie większy nacisk na wczesną interwencję.
Jak pisał "The Guardian", w końcowych rekomendacjach ma znaleźć się propozycja, by już szkoły podstawowe w Anglii identyfikowały dzieci szczególnie narażone na późniejsze znalezienie się w grupie NEET. Nie jest to więc obecnie nowy obowiązek szkół, lecz propozycja, która wywołała sporą dyskusję.
Kim są NEET?
NEET to skrót od angielskiego "not in education, employment or training". Określa młodych ludzi, którzy nie uczą się, nie pracują ani nie uczestniczą w szkoleniach.
Nie można więc postawić znaku równości między NEET a bezrobociem. W tej grupie znajdują się zarówno osoby poszukujące zatrudnienia, jak i takie, które z różnych powodów pozostają bierne zawodowo.
Problem w Wielkiej Brytanii jest poważny. Rządowy raport "Young People and Work", którego pierwszą część opublikowano w maju 2026 roku, wskazuje na niemal milion osób w wieku 16-24 lata pozostających poza pracą, edukacją i szkoleniami. Bez zdecydowanych działań liczba ta może w ciągu kilku lat jeszcze wzrosnąć.
Brytyjski rząd już teraz promuje stosowanie tzw. wskaźników RONI – Risk of NEET Indicator. Pod uwagę mogą być brane m.in. frekwencja, wyniki w nauce, specjalne potrzeby edukacyjne, problemy ze zdrowiem psychicznym czy doświadczenie pieczy zastępczej. Celem ma być wychwycenie młodych ludzi potrzebujących wsparcia, zanim całkowicie wypadną z edukacji.
Problemy mogą zaczynać się znacznie wcześniej
Za pomysłem wczesnej interwencji stoją konkretne dane. Jak podaje "The Guardian", badanie obejmujące ponad 8 tys. dzieci z Bradford pokazało, że w grupie dzieci, które w wieku 4-5 lat nie osiągały oczekiwanego poziomu gotowości szkolnej, 11 proc. znalazło się później w grupie NEET. Wśród dzieci uznanych za gotowe do rozpoczęcia szkoły było to 4 proc.
Silnym sygnałem ostrzegawczym okazuje się również absencja. Dzieci z utrzymującym się problemem nieobecności w szkole były niemal czterokrotnie bardziej narażone na znalezienie się poza pracą, edukacją i szkoleniami w wieku 16-18 lat.
To właśnie takie zależności mają pozwolić szkołom reagować wcześniej. Zamiast czekać, aż nastolatek przestanie chodzić do szkoły albo zakończy edukację bez perspektyw na dalszą naukę czy pracę, pomoc mogłaby pojawić się kilka lat wcześniej. Dodatkowe środki mogłyby być przeznaczane m.in. na korepetycje czy mentoring. Brzmi rozsądnie. Problem zaczyna się jednak w momencie, gdy statystyczne ryzyko przypisuje się konkretnemu dziecku.
Czy 11-latek powinien dostać etykietę "zagrożony bezrobociem"?
Po publikacji propozycji na łamach "The Guardian" rozpoczęła się dyskusja. Jednym z jej uczestników został zaledwie 16-letni Emad Rehman.
Nastolatek zwrócił uwagę na niezwykle ważne rozróżnienie – dane statystyczne mogą pokazywać państwu, gdzie należy skierować pomoc, ale prawdopodobieństwo dotyczące całej grupy nie powinno stawać się wyrokiem wydawanym na pojedyncze dziecko.
Zobacz także
Samospełniająca się przepowiednia
Dziecko z dużą liczbą nieobecności może mieć trudną sytuację rodzinną. Uczeń ze słabymi ocenami może potrzebować innego sposobu nauczania. Problemy z zachowaniem mogą mieć źródło w kryzysie, o którym szkoła jeszcze nie wie.
I właśnie tutaj pojawia się największa obawa związana z całym pomysłem – samospełniająca się przepowiednia.
Jeżeli w dokumentacji 11-latka pojawi się informacja, że jest dzieckiem szczególnie zagrożonym późniejszym wypadnięciem z edukacji i rynku pracy, może to wpłynąć na sposób, w jaki patrzą na niego nauczyciele, rodzice, a z czasem również on sam.
Dlatego Rehman proponuje inne podejście. Zamiast zapisywać, kim dziecko może zostać za kilka lat, szkoła powinna wskazywać, czego potrzebuje właśnie teraz.
Korepetycji? Pomocy psychologicznej? Wsparcia rodziny? Pomocy w powrocie do regularnego chodzenia do szkoły?
"Szkoła ma wskazywać na potrzeby ucznia, nie porażki"
Kontrowersje budzi jeszcze jedna kwestia. Czy szkoła rzeczywiście może odpowiadać za to, czy jej uczeń kilka lat później znajdzie pracę?
Daisy Christodoulou, ekspertka zajmująca się edukacją, zwróciła uwagę na łamach "The Guardian", że jednym z najważniejszych sposobów, w jaki szkoła podstawowa może chronić przyszłość dziecka, pozostaje nauczenie go podstawowych umiejętności – czytania, pisania i matematyki.
Problem NEET jest jednak znacznie bardziej skomplikowany. Znaczenie mają sytuacja materialna rodziny, zdrowie psychiczne, dostęp do pomocy specjalistycznej, system kształcenia zawodowego, ale również to, czy na rynku istnieją miejsca pracy dla młodych ludzi.
Sam brytyjski raport "Young People and Work" pokazuje zresztą, że problemu nie można sprowadzić do tego, czy dziecko dobrze radzi sobie w szkole. Jego autorzy wskazują m.in. na potrzebę zmian systemowych i podkreślają, że kwalifikacje są jednym z najważniejszych czynników chroniących młodych ludzi przed wypadnięciem z edukacji i rynku pracy.
Wczesne zauważenie problemów dziecka może więc być ogromną szansą. Pod jednym warunkiem, że za wskazaniem ryzyka pójdzie rzeczywista pomoc.
Źródło: The Guardian




