
Książka Aleksandry Pałki "Wybieram sama" miała być opowieścią o tradwives i niektórzy w mediach społecznościowych tę kontrowersję podłapali, ale jej sednem okazuje się coś znacznie szerszego – kobieca wolność i prawo do decydowania o własnym życiu. Czy każda kobieta naprawdę może wybrać między pracą a domem? Problem zaczyna się tam, gdzie o wyborze decydują pieniądze.
Miała być szokująca książka o tradwives
Kiedy Aleksandra Pałka mówi o swojej książce "Wybieram sama", mówi przede wszystkim o wolności. O prawie kobiety do decydowania, jak chce żyć, wychowywać dzieci, jak ma wyglądać jej rodzina i czy jej życiowym celem będzie kariera, czy raczej stworzenie domu. I właśnie z tym przesłaniem trudno mi się nie zgodzić.
Mam jednak z tą książką dwa problemy. Po pierwsze, nie jestem przekonana, że dziś kobieta, która wybiera dom, dzieci i bardziej tradycyjny model życia, spotyka się z takim ostracyzmem, jak mogłoby wynikać z części książki.
Po drugie – i to wydaje mi się ważniejsze – mam wątpliwości, czy możemy mówić o prawdziwym wyborze, jeśli na jego realizację zwyczajnie nas nie stać.
I tutaj spotykają się dwie różne kobiece bańki. Aleksandra Pałka przyznaje, że kiedy była młodą dziewczyną, sama doświadczyła krytyki za swoje wybory.
"Pytano mnie, dlaczego tak wcześnie wychodzę za mąż, dziwiono się, że w wieku 22 lat chcę już mieć dziecko. Odczułam nawet odrzucenie przez koleżanki: stopniowo rezygnowały z mojego towarzystwa, jakby poświęcanie coraz większej uwagi rozwijaniu rodziny czyniło mnie mniej atrakcyjną" – mówi. Chciała wtedy "tradycyjnego domu", choć nigdy tak tego nie nazywała.
Co ciekawe, sama autorka początkowo wcale nie planowała pisać o trad wives. Zaczęła od poszukiwania influencerek związanych z macierzyństwem, wielodzietnością, kobiecością i prowadzeniem gospodarstwa domowego. Dopiero w wydawnictwie podsunęto jej temat trad wives.
"Zaczęłam szukać na Instagramie dziewczyn, które pasowałyby do modelu tradycyjnej żony i zgodziłyby się udzielić mi wywiadu. Szybko przekonałam się, że żadna z kobiet, z jaką udało mi się nawiązać kontakt, wcale się tak nie etykietuje. Porzuciłam więc ten kierunek, a to, jak potoczyły się rozmowy i cały projekt, okazało się być dużo ciekawsze..." – mówi.
I to ważne, bo media trochę uprościły tę książkę. "Wybieram sama" nie jest manifestem kobiet, które chcą cofnąć się do świata sprzed kilkudziesięciu lat.
"Żadna nie uznała, że chce po prostu być trad wife i używa tego określenia. To raczej kobiety, które w dzisiejszym pędzącym i nowoczesnym świecie świadomie wybrały życie po swojemu i przy okazji okazało się, że pewne elementy tego modelu realizują" – tłumaczy autorka.
Niektóre z nas marzą o byciu w domu z dziećmi
I właśnie to "życie po swojemu" jest dla mnie w tej książce najciekawsze. Sama jestem trochę młodsza od autorki i być może żyję w innej bańce, ale nigdy nie miałam poczucia, że kobieta zostająca w domu z dziećmi jest dziś kimś, na kogo trzeba patrzeć z politowaniem.
Moja mama pracowała zawodowo. Pracowały też moje babcie. Nie dlatego, że kariera była dla nich ważniejsza od domu, ale dlatego, że względy ekonomiczne często nie pozwalały im zrobić inaczej. W moim otoczeniu wiele rodzin po prostu nie ma możliwości, żeby jedna osoba nie pracowała.
Kiedy jestem zmęczona łączeniem obowiązków matki, żony, pracującej kobiety i "ogarniaczki domowego ogniska", czasem myślę ze złością: szkoda, że nie mam bogatego męża i nie mogę być taką tradycyjną mamą-kwoką. Bez pejoratywnego znaczenia tego słowa. Czasem naprawdę marzy mi się, żeby ktoś zdjął ze mnie obowiązek zarabiania pieniędzy.
A potem przypominam sobie, że moja praca jest też moją pasją. Lubię rozwój, wyzwania i poczucie, że robię coś własnego. Gdybym całkowicie z tego zrezygnowała, po pewnym czasie mogłabym być nieszczęśliwa. To mój wybór.
Ale jeżeli ktoś ma możliwości ekonomiczne, chce zostać w domu, zajmować się dziećmi, prowadzić dom i czerpie z tego satysfakcję – dlaczego miałabym uważać, że robi coś gorszego? Problem zaczyna się wtedy, kiedy udajemy, że każda kobieta ma przed sobą taki sam zestaw możliwości.
Bohaterki książki Aleksandry Pałki są w pewnym sensie uprzywilejowane. Mogą pozwolić sobie na to, by po porodzie nie wracać do pracy, jeśli tego nie chcą. Sama autorka mówi o tym wprost.
"Ta książka chyba też trochę stworzyła taką bańkę dziewczyn, które są w pewnym sensie uprzywilejowane, bo mają taką możliwość, żeby do tej pracy po porodach nie wracać, jeśli chciałyby zostać z dziećmi w domu. Ja też taką możliwość miałam przez jakiś czas" – mówi.
Zobacz także
Autorka mówi o wyborach, których wiele matek nie ma
Czy naprawdę możemy powiedzieć kobiecie: "Wybierz. Możesz zostać w domu albo pracować", jeśli ma kredyt, wynajmuje mieszkanie, utrzymuje dzieci albo po prostu nie ma drugiego dochodu?
Dla wielu kobiet dłuższy urlop niż płatny macierzyński i rodzicielski nie jest kwestią odwagi. To luksus. Młodych ludzi często nie stać na dzieci nie dlatego, że nie chcą być rodzicami i nie marzą o spokojnym domu. Po prostu ich na dzieci nie stać. I tego nie da się rozwiązać samym hasłem o wolności wyboru.
Z drugiej strony sama Pałka zwraca uwagę na coś, o czym rzeczywiście wciąż mówimy za mało – ogrom pracy wykonywanej przez kobiety, które zostają w domu.
"Kiedy nie pracowałam, często słyszałam pytania o to, jak spędzam czas, czy się nie nudzę. Nawet najbliższym musiałam się z tego tłumaczyć i to mi się wydaje, że było dla mnie największą inspiracją. Pytano mnie, co całe dnie robię, czy się nie nudzę i deprecjonowano to, że jestem w domu z dziećmi, a tymczasem ja miałam całe dni wypełnione obowiązkami po brzegi" – opowiada.
To rozumiem doskonale. I być może rzeczywiście coś się w ostatnich latach zmieniło. Sama autorka przyznaje, że dziś jest pod tym względem "delikatnie lepiej". Jej zdaniem zaczęliśmy jednak wpadać w drugą skrajność.
"Dziś idziemy w drugą skrajność: że kobieta jest umęczona, ma ciężko i że to zły wybór, bo kobieta w tym cierpi, kiedy jest 'uwięziona' w domu jako matka. A mnie zależało na tym, żeby pokazać po prostu, że to jest balans" – mówi.
I chyba właśnie balans jest tu kluczowy. Nie chcę być kobietą, która całe życie stawia siebie na ostatnim miejscu, opiekuje się wszystkimi dookoła, a potem jest sfrustrowana, że nikt nie zauważył jej poświęcenia. Nie chcę być cierpiętnicą.
Ale nie chcę też być kobietą, której wmówiono, że jeśli nie rozwija się zawodowo, nie buduje marki, nie podróżuje i nie realizuje własnych ambicji, to zmarnowała życie. Przecież można dbać o siebie i o bliskich jednocześnie.
Można pracować i być bardzo obecną mamą. Można nie pracować i być szczęśliwą. Można prowadzić biznes, pracować zdalnie albo po prostu zajmować się domem.
Ja sama staram się być bardziej obecną mamą niż moja własna, pracująca mama. Dlatego pracuję w internecie i zdalnie. Dzięki temu mogę być blisko dzieci i być zaangażowana w ich życie.
Nie zgadzam się jednak z przekonaniem, że kobiety pracujące zawodowo automatycznie reprezentują świat, w którym liczy się wyłącznie kariera i czubek własnego nosa. Przyświecają mi empatia, życzliwość, dobro i spokój najbliższych. Tyle że nie uważam, że aby to osiągnąć, muszę zrezygnować z siebie.
Podobnie nie powinnyśmy deprecjonować kobiet, które zostają z dziećmi w domu. "Nadal u kobiet funkcjonuje to przekonanie, że jeśli ‘tylko wychowały dzieci’, to nie osiągnęły niczego. Widzę to w wielu rozmowach, kobiety czują, jakby musiały się z tego tłumaczyć" – mówi Pałka. I dodaje: "Dla mnie kobiety, które zostają matkami już tylko przez to mają na koncie wielkie osiągnięcie: pomnożenie życia. Bez niego nie byłoby możliwe nic innego - żadna kariera, sukces czy dzieło".
To piękna myśl. Dlatego trochę szkoda mi, że książkę tak mocno obudowano medialną narracją o trad wives. Kiedy się ją czyta, znacznie bardziej wybrzmiewa pochwała kobiecej wolności niż tradycyjnego modelu rodziny.
I to chyba jest najpiękniejsza część tej książki. Zachwyt nad prostym życiem. Nad tym, że szczęście nie musi oznaczać zdobywania Mount Everestu. Że można być spełnioną kobietą, będąc jednocześnie mamą, żoną, gospodynią, przedsiębiorczynią, pracownicą albo po prostu człowiekiem, który lubi swoje życie.
Zobacz także
Nie każda mama ma taki komfort, trzeba to powiedzieć
Książka Aleksandry Pałki wg wielu jest kontrowersyjna, bo mówi o kobietach, które "cofają się w rozwoju", choć żyją w XXI wieku. Nie, ona jest o tym, że kobieta nie powinna przepraszać za to, że jej życie wygląda inaczej niż życie innych kobiet.
Może żyję w innej bańce. I chyba właśnie ta różnica perspektyw jest w tej rozmowie najciekawsza. Autorka ma doświadczenie kobiety, która była krytykowana za to, że wcześnie wyszła za mąż, szybko została mamą i chciała prowadzić dom. Ja mam doświadczenie kobiety, która dziś nie czuje już takiej presji, a większym problemem wydaje mi się presja ekonomiczna.
Dlatego kiedy słyszę: "Masz wybór", odruchowo pytam: naprawdę? Wolność wyboru jest piękną wartością. Ale prawdziwa wolność zaczyna się wtedy, kiedy człowiek rzeczywiście ma z czego wybierać.
Nie chcę przeciwstawiać tradycyjnych żon pracującym matkom. Nie chcę też przeciwstawiać kariery rodzinie ani nowoczesności tradycji. Kobiety, które wybierają inaczej niż ja, mają do tego pełne prawo. Jeżeli mają ku temu możliwości, świadomie podejmują decyzję i są w niej szczęśliwe – dlaczego miałabym je oceniać?
Nie da się jednak całego życia przewidzieć. Można wybrać dobrego partnera, zbudować z nim relację i wierzyć, że nic jej nie zagrozi. Ale choroba, śmierć, rozstanie czy inne nieprzewidziane wydarzenia potrafią wywrócić najlepszy plan do góry nogami. Zgadzam się z Aleksandrą Pałką, że wybór tradycyjnej drogi jest jednym z wyborów.
"Nie jedynym i najlepszym, ale jednym z wielu i należy mu się podziw i szacunek" – mówi.
Tak. Tylko chciałabym, żeby dokładnie taki sam podziw i szacunek dostała kobieta, która rano odprowadza dzieci do szkoły, jedzie do pracy, wraca do domu, robi zakupy, pomaga w lekcjach, gotuje kolację, a wieczorem próbuje znaleźć godzinę na własną pasję. Bo ona też wybiera.
Chciałabym, żebyśmy rzeczywiście mogły powiedzieć: "Wybieram sama". Nie tylko te z nas, które mają pieniądze, czas i sprzyjające okoliczności.








