szpitalny korytarz
Dziecko z gorączką powyżej 40 stopni przez kilka dni nie mogło dostać diagnozy. fot. Jsme MILA/Pexels

Kilka dni ponad 40-stopniowej gorączki, majaczenie i dramatyczna walka o diagnozę. Ojciec 3-latka opisał w mediach społecznościowych swoją przeprawę z przychodnią, nocną opieką i SOR-em. Jego historia pokazuje, jak wygląda zderzenie rodziców z systemem ochrony zdrowia, gdy liczy się każda godzina.

REKLAMA

Są takie sytuacje dotyczące zdrowia naszych dzieci, które mrożą krew w żyłach, a jednocześnie budzą w nas wiele negatywnych emocji związanych z funkcjonowaniem systemu opieki zdrowotnej w naszym kraju. To brzmi dosyć enigmatycznie, ale wystarczy podać kilka przykładów.

Nierówna walka z systemem opieki zdrowotnej

Kto nigdy nie siedział z dzieckiem godzinami w kolejce do lekarza, czekając, czy zostanie przyjęty między pacjentami, bo zabrakło numerków do pediatry? Albo kogo lekarze nie odesłali z kwitkiem i bez konkretnych wytycznych do leczenia, bo czekali na wyniki badań, które miały przyjść dopiero po kilku dniach?

Ostatnio na Threads trafiłam na wpis ojca, który opowiedział o diagnozowaniu swojego 3-letniego syna w sytuacji, gdy ten miał 40 stopni gorączki.

"Piątek wieczór – wszystko OK. Sobota rano – 40,5 stopni Celsjusza. Silne dreszcze, majaczenie, ból głowy, ból brzucha. Mocz ma bardzo intensywny zapach. Jedziemy na nocną i świąteczną opiekę. Lekarz mówi, żeby poczekać do niedzieli i zrobić test covid, RSV, grypa. Na SOR nie jechać, bo dziecko tylko będzie się męczyć i powiedzą to samo.
Gorączka utrzymuje się cały dzień. Zbijamy ją na zmianę paracetamolem i ibuprofenem. Spada na chwilę i wraca do 40+. Noc to męka. Nie może spać, gorączkuje, majaczy, płacze. Po kolejnych dawkach leków zasypia na kilka godzin. Niedziela - powtórka. Ponad 40°C, zbijane lekami. Testy wirusowe negatywne. Dzwonię do przychodni - 'Pewnie infekcja wirusowa, proszę czekać'" – opisuje autor o nicku @p4ranoidd.

Jego wpis jest długi – w dalszej części szczegółowo opisuje każdy kolejny krok związany z próbą konsultacji i diagnozy dla dziecka, które od kilku dób ma bardzo wysoką gorączkę. Sytuacji nie pomaga fakt, że choroba dopada dziecko w weekend, kiedy nie działają przychodnie.

Trzeba korzystać z prywatnej opieki, nocnej i świątecznej pomocy, a w nagłych przypadkach jechać na SOR. Rodzice chłopca wybrali środkową opcję – postąpili tak, jak sugerował lekarz, który uznał, że wyjazd na SOR nie jest na tym etapie konieczny.

Chore dziecko potrzebowało natychmiastowej pomocy

Rodzice 3-latka walczyli więc z systemem przez kolejne dni. Zlecano badania, na których wyniki – jeszcze po weekendzie – trzeba było czekać. Dopiero po kilku dniach, kiedy lekarz otrzymał komplet wyników, ustalono leczenie ostrego bakteryjnego zapalenia nerek antybiotykiem.

W ostatniej części długiego wpisu czytamy:

"Lekarka potwierdza zakażenie dróg moczowych, przepisuje antybiotyk. Po godzinie oddzwania - przy takim CRP trzeba jechać na SOR sprawdzić nerki. Jedziemy. Kilka godzin czekania. USG nerek. Diagnoza: ostre bakteryjne zapalenie nerek. Zmiana na silniejszy antybiotyk. 10 dni leczenia. Później kontrola u nefrologa, żeby sprawdzić, czy nie ma trwałych zmian w nerkach.
Prawdopodobnie gdybyśmy w sobotę dostali antybiotyk infekcja nie doszłaby do nerek. Polska publiczna służba zdrowia. Trzy dni ponad 40-stopniowej gorączki. Bardzo liczne bakterie w moczu. CRP 113. Trzylatek w majaczeniu. 'Proszę dzwonić jutro'. Elo, nie zawracaj dupy. Na to co miesiąc płacę 10-15k składki zdrowotnej".

Ta sytuacja pokazuje, jak bardzo rodzice potrafią być zagubieni, pozbawieni realnej pomocy i wsparcia, kiedy zdrowie ich dziecka jest zagrożone. Lekarze w ramach NFZ często mają związane ręce – procedury, ograniczony dostęp do badań w weekendy czy czas oczekiwania na wyniki znacząco utrudniają szybkie działanie.

Gdyby dziecko od razu trafiło na SOR, diagnostyka prawdopodobnie przebiegłaby szybciej, bo szpitale dysponują własnymi laboratoriami. Z drugiej strony warto pamiętać, że medycy zwykle chcą dobra pacjenta, a to system bywa niewydolny.

Frustrujące jest to, że postawienie diagnozy u dziecka, które od kilku dni cierpi i ma bardzo wysoką gorączkę, zajmuje tak dużo czasu. Możemy śmiać się z memów o leczeniu na NFZ, które "doprowadzi nas wszystkich do śmierci", ale w takich sytuacjach przestaje być to zabawne. Opisana historia jest poważna i pokazuje, że przez niedoskonałości systemu opieki zdrowotnej dziecko mogło doznać poważnych konsekwencji zdrowotnych.

Ta historia niestety nie jest jedyna

Wielu rodziców zna to uczucie bezradności, gdy z jednej strony słyszą: "Proszę czekać", a z drugiej widzą, że ich dziecko słabnie z godziny na godzinę. Trudno wtedy zaufać procedurom i spokojnie przyjąć zapewnienia, że "To pewnie wirus".

Potrzebujemy systemu, który nie zostawia rodziców samych z lękiem i wątpliwościami – który reaguje szybciej, sprawniej i daje jasne wskazówki. Bo kiedy choruje dziecko, każda godzina ma znaczenie, a poczucie bezpieczeństwa nie powinno być luksusem, tylko standardem.