
Ataki w polskich szkołach, w tym śmierć 37-letniej pracownicy szkoły w Leszczydole-Nowinach, wywołały strach, gniew i pytania o to, co dzieje się z młodymi ludźmi. Wśród komentarzy pojawiło się jednak stare wyjaśnienie, a mianowicie, że winne jest "bezstresowe wychowanie", a dzieciom brakuje kar i "twardej ręki". Tyle że przemoc nie jest lekarstwem na przemoc, a próba zrozumienia jej przyczyn nie oznacza ani współczucia sprawcy kosztem ofiar, ani usprawiedliwiania jego czynów.
Naprawdę winne jest "bezstresowe wychowanie"?
Są takie wiadomości, po których trudno spokojnie wrócić do codzienności. Trudno myśleć o zakupach, pracy, obiedzie czy odrabianiu lekcji, kiedy dociera do nas informacja, że szkoła – miejsce, w którym nasze dzieci powinny być bezpieczne – stała się miejscem ataków z użyciem niebezpiecznych narzędzi. Jeszcze trudniej, kiedy wśród poszkodowanych są uczniowie i nauczyciele, a jedna z osób nie wraca już do domu. To 37-letnia woźna, a prywatnie mama, która osierociła dwójkę małych dzieci.
To naturalne, że po takich wydarzeniach pojawia się strach, gniew i potrzeba znalezienia jakiejś odpowiedzi. Rodzice zastanawiają się, czy ich dzieci są bezpieczne, czy szkoła potrafi je ochronić i czy podobna tragedia może wydarzyć się także w ich miejscowości.
Obok tych pytań pojawia się jeszcze coś: komentarze, że to wszystko przez "bezstresowe wychowanie". Że dzieciom pozwala się na zbyt wiele. Że nikt nie potrafi postawić granicy. Że gdyby ktoś kiedyś porządnie takiemu dziecku przyłożył, dziś nie byłoby problemu.
Widziałam nagranie matki, która mówiła, że "gdyby ktoś wcześniej nie spuścił temu dzieciakowi wpie***lu", jej syn nie musiałby teraz uczyć się zdalnie, bo uczniowie boją się wrócić do szkoły. Rozumiem strach tej kobiety, bo sama też jestem mamą. Rozumiem złość rodziców, którzy chcą mieć pewność, że ich dzieci są bezpieczne. Nie rozumiem jednak, jak można wyciągać z tego wniosek, że odpowiedzią na przemoc powinno być więcej przemocy.
Naprawdę po tym wszystkim chcemy przekonywać, że dzieciom trzeba było wcześniej spuścić lanie? Czy nie powinniśmy raczej zastanowić się, co sprawia, że przemoc staje się dla niektórych młodych ludzi sposobem reagowania na świat?
"Bezstresowe wychowanie" stało się wygodnym winowajcą
Nie mogę już słuchać, że za brutalne ataki odpowiada bezstresowe wychowanie, jakbyśmy mieli do czynienia z prostym równaniem: brak lania równa się brak zasad, a brak zasad równa się przemoc. To tak nie działa. To skrót, który pozwala dorosłym poczuć, że znają rozwiązanie. Wystarczy wrócić do kar, podnieść głos, przywrócić "twardą rękę" i wszystko będzie jak dawniej.
Tylko że bezstresowe wychowanie nie powinno oznaczać wychowania bez zasad, granic i konsekwencji. Dziecko nie musi dostawać wszystkiego, czego chce. Nie musi wygrywać każdej dyskusji. Nie może bić innych, poniżać ich, grozić im ani niszczyć ich poczucia bezpieczeństwa. Rolą dorosłego jest reagować na takie zachowania i jasno pokazywać, że nie ma na nie zgody.
Ale można stawiać granice bez bicia. Można wyciągać konsekwencje bez upokarzania. Można wymagać szacunku, samemu okazując szacunek. To trudniejsze niż krzyk i kara wymierzona w gniewie, bo wymaga od rodzica opanowania, konsekwencji i gotowości do rozmowy. Nie oznacza jednak słabości.
Przemoc wobec dziecka nie jest dowodem na to, że dorosły potrafi wychowywać. Jest dowodem na to, że użył przemocy i pokazał swoją słabość.
Skrajnie stresowe wychowanie też może zostawiać ślady
Kiedy słyszę, że tym dzieciom zabrakło "porządnego wpier***u", mam ochotę zapytać: czy naprawdę wierzymy, że dziecko, które doświadcza przemocy, uczy się dzięki niej, jak rozwiązywać konflikty bez przemocy?
Dzieci uczą się nie tylko z tego, co im mówimy, ale także z tego, co robimy. Jeśli dorosły rozwiązuje w domu problemy krzykiem, groźbą albo biciem, przekazuje lekcję: kiedy jesteś silniejszy, możesz wymusić posłuszeństwo. Kiedy ktoś cię zdenerwuje, możesz go zastraszyć. Kiedy brakuje ci argumentów, możesz użyć siły.
To nie znaczy, że każde dziecko doświadczające przemocy samo stanie się sprawcą. Nie znaczy też, że znamy historię rodzinną nastolatków odpowiedzialnych za ostatnie ataki. Nie wolno dopisywać im doświadczeń, których nie potwierdzono, ani twierdzić, że znamy przyczynę ich zachowania, zanim ustalą ją odpowiednie służby i specjaliści.
Możemy jednak mówić o szerszym mechanizmie: przemoc może uczyć przemocy, a upokorzenie nie jest tym samym, co wychowanie. Jeśli chcemy ograniczać agresję, powinniśmy traktować poważnie zarówno krzywdzenie innych, jak i sygnały, że dziecko samo doświadcza krzywdy, nie radzi sobie z emocjami albo funkcjonuje w środowisku, w którym agresja jest codziennością.
Nie chodzi o to, żeby usprawiedliwiać kogokolwiek. Chodzi o to, żeby nie powielać zachowań, z którymi rzekomo chcemy walczyć.
Dzieci potrzebują granic, a nie bicia
Powiedzmy to wyraźnie: dzieci potrzebują granic. Potrzebują dorosłych, którzy nie boją się powiedzieć "nie", reagują na agresję i nie bagatelizują krzywdzenia innych. Potrzebują konsekwencji, przewidywalności i poczucia, że ktoś nad nimi czuwa.
Ale potrzebują też dorosłych, którzy potrafią panować nad własnym gniewem. Którzy nie biją, kiedy nie wiedzą, co zrobić. Którzy nie poniżają, nie straszą i nie uczą, że człowiek może być narzędziem do rozładowania cudzych emocji.
Granica może brzmieć: "Nie pozwolę ci bić kolegi. To, co zrobiłeś, ma konsekwencje i musisz naprawić krzywdę na tyle, na ile to możliwe". Nie musi brzmieć: "Zaraz sam zobaczysz, jak boli". To nie jest naiwność. To odpowiedzialność dorosłego za sposób, w jaki reaguje na trudne zachowanie dziecka.
Nie każde agresywne zachowanie oznacza, że dojdzie do tragedii. Nie każde dziecko, które ma problemy z emocjami, stanie się niebezpieczne. Właśnie dlatego tak ważne jest, by reagować odpowiednio wcześnie, zamiast czekać, aż sytuacja wymknie się spod kontroli. Potrzebne są jasne zasady w domu i w szkole, wsparcie dla uczniów i nauczycieli, a także poważne traktowanie gróźb i sygnałów przemocy.
Jeśli dziecko krzywdzi innych, nie wolno udawać, że nic się nie stało. Jeśli samo doświadcza przemocy, również nie wolno tego ignorować. Oba problemy wymagają reakcji dorosłych – a nie kolejnej dawki agresji.
Atak w Leszczydole-Nowinach. 37-letnia pracownica szkoły nie żyje
8 października 2026 roku w szkole podstawowej w Leszczydole-Nowinach, w powiecie wyszkowskim na Mazowszu, doszło do tragicznego ataku. Według informacji Prokuratury Okręgowej w Ostrołęce, 15-letni chłopak wszedł na teren placówki i zaatakował nożem trzy osoby. 37-letnia pracownica szkoły zmarła w wyniku odniesionych obrażeń, a dwie pozostałe osoby zostały ranne. Nastolatek został zatrzymany. Sprawą zajęły się sąd rodzinny i prokuratura.
Według doniesień medialnych ranni zostali także nauczycielka i dyrektor szkoły, który miał interweniować podczas ataku. Kobiety nie udało się uratować mimo podjętej reanimacji. Sąd zdecydował o umieszczeniu 15-latka w schronisku dla nieletnich na trzy miesiące, a jego stan psychiczny mają ocenić biegli psychiatrzy.
Nie ma słów, które przywrócą życie tej kobiecie. Nie ma też zdania, które odbierze bliskim ból po tak nagłej i brutalnej stracie. Można natomiast powiedzieć jedno: odpowiedzialność za atak nie znika tylko dlatego, że sprawca jest nieletni. Wiek może mieć znaczenie dla sposobu prowadzenia postępowania i oceny prawnej, ale nie sprawia, że krzywda staje się mniej realna.
Zobacz także
Dzień wcześniej atak w Ostrołęce. Ranni uczniowie i nauczyciele
Do innego poważnego zdarzenia doszło 7 października w Zespole Szkół Zawodowych nr 4 w Ostrołęce. Jak podała prokuratura, około godziny 11.05 uczeń klasy maturalnej wszedł do budynku z niebezpiecznym narzędziem i zaatakował uczniów oraz nauczycieli. Rannych zostało sześć osób na terenie szkoły, a dwie kolejne zaatakowano poza nią. Jedna z nauczycielek doznała ciężkich obrażeń. Podejrzany został zatrzymany po kilkudziesięciu minutach.
W kolejnym komunikacie prokuratura poinformowała, że 19-letniemu Jakubowi Z. przedstawiono dziewięć zarzutów, obejmujących między innymi usiłowanie zabójstwa wielu osób. Według śledczych, podejrzany miał wcześniej wrzucić do jednej z klas plecak z materiałami wybuchowymi. Prokuratura przekazała również, że mężczyzna przyznał się do zarzucanych mu czynów i złożył wyjaśnienia. Ostateczna ocena odpowiedzialności należy do wymiaru sprawiedliwości.
Te wydarzenia są wystarczająco przerażające same w sobie. Nie trzeba ich dodatkowo podsycać plotkami, niepotwierdzonymi teoriami ani pochopnymi diagnozami. Potrzebujemy rzetelnych informacji, bezpieczeństwa w szkołach i odpowiedzi na pytanie, jak ograniczać ryzyko podobnych tragedii.
Tymczasem dyskusja szybko skręca w stronę dobrze znanego hasła: "kiedyś dzieci wiedziały, co im wolno, bo się bały". Tylko czy strach rzeczywiście uczy odpowiedzialności? Czy dziecko, które boi się dorosłego, automatycznie rozumie, że nie wolno krzywdzić innych? Czy może po prostu uczy się, że silniejszy ma prawo zrobić słabszemu to, co zechce?




