dzieci żyją tym, co w internecie
Nasze dzieci żyją dziś w dwóch równoległych światach – rzeczywistym i wirtualnym. Problem w tym, że o tym drugim my, dorośli, często wiemy zdecydowanie za mało pexel.com

"Puściłam dziś dziecko do szkoły, ale z ogromnym lękiem. A przecież szkoła powinna być miejscem, w którym dzieci zdobywają wiedzę, nawiązują przyjaźnie i czują się bezpiecznie. Nie miejscem, w którym uczą się, jak przeżyć atak" – pisze matka, która po ostatnich wydarzeniach w polskich szkołach nie potrafi pogodzić się z tym, że strach stał się częścią codzienności uczniów.

REKLAMA

Puściłam dziś dziecko do szkoły. Tak jak każdego innego dnia – pisze nasza czytelniczka. Spakowałam mu śniadanie, przypomniałam o bluzie i powiedziałam, żeby uważało na siebie. Tylko że tym razem te słowa zabrzmiały zupełnie inaczej. Dziś puściłam je do szkoły z ogromnym lękiem i z poczuciem, że coś w naszym świecie poszło bardzo, bardzo nie tak.

Szkoła powinna być miejscem, w którym dziecko się rozwija, zdobywa wiedzę, nawiązuje pierwsze przyjaźnie, zakochuje się i kłóci o głupoty. Nie miejscem, w którym musi zastanawiać się, czy kolega z sąsiedniej ławki nie zrobi mu krzywdy.

Od kilku dni słyszymy zapewnienia, że służby robią wszystko, aby nasze dzieci były bezpieczne. Ministerstwo Edukacji zapowiada nowe obowiązki dla szkół, szkolenia i kolejne instrukcje. Policja tłumaczy, jak zachować się w razie ataku. "Trzeba uciekać, ukrywać się, a bronić dopiero w ostateczności."

Rozumiem, że takie procedury są potrzebne, że mogą uratować życie. Nie mogę jednak przestać zadawać sobie jednego pytania jak do tego dopuściliśmy, że mamy się chronić przed innymi dziećmi?

Dlaczego nasze własne dzieci zamiast matematyki czy przyrody mają uczyć się, jak przeżyć atak? Czy naprawdę doszliśmy do momentu, w którym jednym z głównych zadań edukacji jest nauczenie dziecka, jak nie zostać ofiarą przemocy?

Nie zgadzam się na to. Całą sobą.

Nie chcę szkoły, w której dzieci muszą być przygotowywane na najgorsze. Nie chcę, żeby patrzyło podejrzliwie na kolegów i zastanawiało się, który z nich może być niebezpieczny.

Oczywiście, że musimy uczyć dzieci reagowania na zagrożenia, ale mam wrażenie, że tak bardzo skupiliśmy się na tym, co robić, kiedy dojdzie do tragedii, że zapominamy zapytać, dlaczego w ogóle do niej dochodzi.

Co takiego stało się z naszym światem, że piętnastolatek, dziecko przecież, może zabić swoją dawną szkolną woźną? Nie obrazić, nie popchnąć, nie przezywać. ZABIĆ.

Nie potrafię przejść nad tym do porządku dziennego. Chciałabym wiedzieć, co wydarzyło się wcześniej. Czy ktoś widział sygnały ostrzegawcze? Nie znam odpowiedzi i nie chcę nikogo pochopnie oskarżać, ale uważam, że właśnie takich odpowiedzi powinniśmy dziś szukać i na tym też skupić uwagę. My – rodzice, szkoły, cały system, który teraz próbuje poskładać wszystko do kupy za pomocą kolejnych instrukcji bezpieczeństwa.

Nasze dzieci i tak przeszły już bardzo dużo. Pandemia odebrała im kawałek normalnego dzieciństwa. Potem przyszła wojna za naszą wschodnią granicą. Teraz boją się chodzić do własnych szkół.

Dostajemy wiadomości, żeby rozmawiać z dziećmi, uspokajać je, wyciszać emocje. Dobrze. Tylko kto porozmawia z nami? Kto uspokoi rodziców, którzy rano odprowadzają dziecko do szkoły i zastanawiają się, czy na pewno wróci do domu?

Przez lata patrzyliśmy z przerażeniem na Stany Zjednoczone. Na kolejne strzelaniny w szkołach, na dzieci uczone chowania się przed uzbrojonym napastnikiem. Według danych "Education Week" od początku 2026 roku odnotowano tam 25 strzelanin w szkołach, w których ktoś został ranny lub zginął. Trzynaście osób straciło życie.

Słysząc takie doniesienia myśleliśmy sobie – dobrze, że w Polsce dostęp do broni palnej jest znacznie bardziej ograniczony, że przynajmniej tego nie musimy się obawiać na taką skalę. A dziś? Dziś widzimy, że nie trzeba mieć pistoletu, żeby odebrać komuś życie. Wystarczy narzędzie, które znajduje się w każdym domu...

Jak temu zapobiec?

Coraz częściej myślę, że być może szukamy odpowiedzi nie tam, gdzie trzeba.

Ciągle pytamy siebie nawzajem, "w jakim świecie my żyjemy"?. A może powinniśmy wreszcie przyjrzeć się światu, w którym żyją nasze dzieci? Temu drugiemu, równoległemu – internetowemu. Światu zamkniętych grup, komunikatorów, filmików i treści, o których my, dorośli, często nie mamy najmniejszego pojęcia.

Nie twierdzę, że internet jest winny każdej tragedii. Nie wierzę też, że za tak dramatycznymi wydarzeniami stoi jedna prosta przyczyna. Nie możemy jednak udawać, że wiemy wszystko o życiu naszych dzieci tylko dlatego, że codziennie pytamy je, jak było w szkole.

Dziś wielu rodziców zostawiło dzieci w domach. Ja swoje posłałam. Nie dlatego, że jestem odważniejsza, nie dlatego, że mniej się boję. Po prostu nie wiedziałam, która decyzja będzie właściwa. I to chyba właśnie przeraża mnie najbardziej. Doszliśmy do momentu, w którym zwykłe wyjście dziecka do szkoły stało się dla rodzica dylematem i troską o jego bezpieczeństwo.

Nie chcę kolejnych zapewnień, że wszystko jest pod kontrolą. Tego już wystarczy. Chcę wiedzieć, że ktoś naprawdę próbuje zrozumieć, co dzieje się z naszymi dziećmi.

Mam ogromną nadzieję, że zamiast wyłącznie uczyć je, jak przetrwać przemoc, zaczniemy robić wszystko – naprawdę wszystko, żeby do tej przemocy nie dochodziło.