matka zmęczona
Nawet jeśli obowiązki są podzielone między rodziców, matki mają poczucie, że to na nich spoczywa większość. pexel.com

Miało być inaczej niż u naszych matek. Ojcowie mieli nie "pomagać", ale być pełnoprawnymi rodzicami, obowiązki domowe miały być dzielone, a kobieta nie musiała wybierać między macierzyństwem a pracą. I rzeczywiście wiele się zmieniło. Dlaczego więc tak wiele matek z pokolenia milenialsów wieczorem pada z nóg i ma poczucie, że nie daje rady? Odpowiedź może być mniej oczywista, niż się wydaje.

REKLAMA

W teorii jesteśmy pokoleniem rodziców, które miało wreszcie zrobić to inaczej. Milenialsi wychowywali się, obserwując matki biorące na siebie większość obowiązków domowych i ojców, których udział w opiece nad dziećmi często ograniczał się do "pomagania". Sami chcieli stworzyć bardziej partnerskie rodziny. W międzyczasie niestety wydarzyło się coś jeszcze. Zmienili się nie tylko ojcowie, zmieniło się całe rodzicielstwo.

Pracujemy więcej, ale i więcej czasu poświęcamy dzieciom

Na ten paradoks zwraca uwagę "The Guardian", opisując sytuację współczesnych australijskich rodzin. Po raz pierwszy najczęstszym modelem stała się tam rodzina, w której oboje rodzice pracują na pełny etat. Jednocześnie badania wykorzystania czasu pokazują, że od lat 80. rośnie liczba godzin, które rodzice poświęcają dzieciom. Podobny trend obserwowano również w innych krajach.

Nie chodzi tylko o przygotowanie obiadu, kąpiel czy odprowadzenie dziecka do szkoły. Współczesne rodzicielstwo wymaga od nas znacznie większego zaangażowania. Czytamy dzieciom, bawimy się z nimi, pomagamy im regulować emocje, pilnujemy zajęć dodatkowych, wspieramy w nauce, organizujemy wartościowy czas i zastanawiamy się, czy wystarczająco dużo z nimi rozmawiamy. Do tego dochodzą Librus, grupy klasowe, wizyty u lekarzy, treningi, urodziny kolegów i cała długa lista dodatkowych spraw, o których ktoś musi pamiętać.

Dobre rodzicielstwo stało się pracochłonne

Badacze określają ten model mianem "intensive parenting", a w kontekście kobiet również "intensive mothering". W dużym uproszczeniu chodzi o przekonanie, że dobre wychowanie dziecka wymaga ogromnej ilości czasu, uwagi i świadomego zaangażowania rodzica.

Dawniej dzieci częściej same wracały ze szkoły, bawiły się na podwórku i spędzały wiele godzin poza bezpośrednim nadzorem dorosłych. Dziś rodzice znacznie częściej organizują i nadzorują ich czas. Część tej zmiany jest oczywiście dobra. Wiemy więcej o rozwoju dzieci, emocjach czy bezpieczeństwie. Problem zaczyna się wtedy, gdy próbujemy spełnić wszystkie współczesne standardy rodzicielstwa, jednocześnie pracując tak samo intensywnie jak osoby, które dzieci nie mają. Szczególnie mocno odczuwają to właśnie matki.

Kolejny "lifehack" nas nie uratuje

W materiale "Guardiana" pojawia się historia kobiety wracającej do pracy na pełny etat, która pyta inne matki, jak właściwie ma to wszystko zrobić. Co jej doradzono? Każda z nas kiedyś słyszała takie "porady" – gotuj na kilka dni, przygotowuj wszystko wieczorem, upraszczaj śniadania. Były też bardziej ekstremalne rady typu po kąpieli ubierz dzieci od razu w ubrania na następny dzień, żeby rano zaoszczędzić kilka minut.

Jeszcze bardziej perfekcyjna organizacja

Możemy robić zakupy raz w tygodniu, gotować na trzy dni i prowadzić perfekcyjnie zsynchronizowany rodzinny kalendarz. Tylko że być może problemem nie jest nasza zła organizacja. Jeśli oboje rodzice pracują, a jednocześnie oczekuje się od nich coraz bardziej intensywnego zaangażowania w wychowanie dzieci, któraś ze stron – zwykle ta bardziej zaangażowana – musi na tym ucierpieć.

Milenialsi naprawdę zmienili rodzicielstwo. Ojcowie są dziś znacznie bardziej obecni w życiu dzieci niż w poprzednich pokoleniach, a partnerstwo przestało być tylko pustym hasłem. Jednak jednocześnie poprzeczka dotycząca tego, ile powinien robić "dobry rodzic", powędrowała bardzo wysoko. Chyba zdecydowanie wyżej niż poziom zaangażowania ojców.

Źródło: The Guardian