dziecko trzyma plan lekcji
Plan lekcji dziecka nigdy nie będzie idealnie dostosowany pod godziny pracy rodziców. fot. mamaDu.pl

Wrzesień jak co roku to dla wielu rodziców test organizacyjny – nowy plan lekcji dziecka. Późne kończenie zajęć, lekcje na zmiany i konieczność korzystania ze świetlicy budzą wśród pracujących opiekunów sporo emocji. Tylko czy każdy nieidealny plan lekcji rzeczywiście jest problemem, czy może czasem oczekujemy od szkoły, że dopasuje się do naszego życia bardziej, niż jest to możliwe?

REKLAMA

Plan lekcji dziecka to dziś problem

W mediach społecznościowych znowu widzę wysyp postów o tym, że plany lekcji są przeładowane, że dzieci spędzają w placówkach wiele godzin albo mają lekcje w systemie zmianowym. W przypadku pierwszych klas szkoły podstawowej oznacza to czasem, że uczniowie kończą zajęcia bardzo wcześnie, na przykład około godziny 12:00, albo bardzo późno – o 16:00, a nawet 17:00.

Ostatnio na portalu X wyświetlił mi się post, w którym mama pytała: "Jak pogodzić taki plan lekcji dziecka z pracą na pełen etat? Jak to zrobić, żeby dziecko nie siedziało pół dnia na przepełnionej świetlicy? Polityka prorodzinna kończy się u nas na etapie przedszkola...". Do wpisu dołączone było zdjęcie planu właśnie takiego, o jakim pisałam wyżej – z zajęciami rozłożonymi w bardzo różnych godzinach (post już został usunięty, ale chyba każdy z nas choć raz widziała taki przepełniony plan lekcji, gdzie jednego dnia dziecko kończy o 12:30, a kolejnego o 16:00).

Sama jestem mamą drugoklasisty i doskonale wiem, o czym pisze ta kobieta. Kiedy rodzice pracują na etacie, sytuacja wygląda tak, że w przypadku przedszkolaków dzieci najczęściej są w placówce od 8:00 do 16:00, a do tego dochodzi jeszcze czas potrzebny na dojazd rodzica do przedszkola.

Dziś niewielu rodziców może liczyć na codzienną pomoc dziadków czy innych bliskich, którzy odbiorą dziecko wcześniej, niż mama albo tata skończą pracę. Wiele rodzin musi radzić sobie samodzielnie. Część dziadków wciąż jest aktywna zawodowo i zwyczajnie nie ma możliwości pomagać, inni mieszkają w innych miastach, a jeszcze inni po prostu stawiają granice i nie chcą być opiekunami wnuków na cały etat.

Rodzice są dziś bardziej zaangażowani

Efekt jest taki, że rodzice muszą kombinować z opieką, a w dużej mierze dzieci pracujących rodziców spędzają czas przed lekcjami albo po nich po prostu w szkolnej świetlicy. Jako mama pracująca, której partner również jest na etacie, przyznaję, że wcale nie jest to łatwe.

Kiedy dziecko idzie do podstawówki, nie jest jeszcze na tyle samodzielne, by wracać samo ze szkoły i spędzać pół dnia w domu, kiedy rodzice są w pracy. Przepisy nie określają jednej sztywnej granicy wieku, od której dziecko może zostać samo w domu na dłużej, ale przyjmuje się, że siedmiolatek nie powinien pozostawać bez opieki w sytuacjach wymagających samodzielnego radzenia sobie.

A przecież nie każde dziecko w tym wieku jest gotowe na samodzielne spędzanie kilku godzin po szkole – również emocjonalnie. Dlatego dla wielu rodzin jedynym wyjściem pozostaje świetlica szkolna. I przyznaję – kiedy zapisywałam tam syna w zeszłym roku, gdy był w pierwszej klasie, sama miałam duszę na ramieniu.

Z moich lat szkolnych świetlica była traumą. Jawiła mi się jako przechowalnia, w której były stare, rozwalone gry planszowe, nikt specjalnie nie interesował się uczniami, a starsze dzieci przychodziły tam dokuczać młodszym dla rozrywki.

Dziś – a przekonałam się o tym w praktyce – świetlice szkolne wyglądają zupełnie inaczej. To miejsca, w których zatrudnione nauczycielki angażują się w pracę z dziećmi, wspierają ich rozwój, dają przestrzeń do samodzielnej zabawy, ale też dbają o to, żeby uczniowie mieli możliwość uczestniczenia w różnych aktywnościach.

W szkolnej świetlicy mojego syna są klocki Lego, kosze z samochodami, przybory plastyczne i możliwość uczestniczenia w zajęciach sportowych, bo na świetlicy pracują również nauczyciele wychowania fizycznego. Nie wiem, czy tak jest wszędzie, ale naprawdę mam poczucie, że czasy świetlicy jako zwykłej przechowalni powoli odchodzą do przeszłości. Dzieci mogą tam nie tylko bezpiecznie spędzić czas, ale też poznać nowych kolegów z innych klas.

Próbujemy ochronić dzieci i przesadzamy

Trzeba sobie też jasno powiedzieć, że to samo pokolenie dzisiejszych rodziców jako dzieci musiało chodzić do szkoły na różne godziny i jakoś to przeżyliśmy. Z zasady żaden rodzic nie ma przecież aż tyle urlopu czy tak elastycznych godzin pracy, żeby móc każdego dnia dopasowywać swój grafik do planu lekcji dziecka. Czy więc trochę nie jest tak, że czasem narzekamy dla samego narzekania?

Dziś jako rodzice jesteśmy znacznie bardziej zaangażowani w życie dzieci. Więcej przejmujemy się ich rozwojem emocjonalnym, komfortem i poczuciem bezpieczeństwa. I bardzo dobrze. Mam jednak czasami wrażenie, że gdzieś w tym wszystkim się zagubiliśmy i trochę za bardzo przesadzamy w drugą stronę – próbując usunąć z życia dzieci każdy dyskomfort, każdą niedogodność i każdą sytuację, która może być dla nich choć trochę trudna.

Mam wrażenie, że gdyby lekcje były codziennie od 8:00 do 16:00, też byłoby źle. Mówilibyśmy, że dzieci za długo siedzą w szkole, że po południu nie mają już siły, że nie mają czasu na odpoczynek, zabawę czy zajęcia dodatkowe. Gdy lekcje zaczynają się później, pojawia się problem z tym, że kończą się za późno. Gdy plan jest nierówny – narzekamy na okienka.

Gdy jest równy – okazuje się, że dzieci mają za dużo lekcji jednego dnia. Najlepiej byłoby oczywiście, gdyby plan można było dopasować indywidualnie do każdego ucznia, jego rodziców, ich godzin pracy, zajęć dodatkowych i jeszcze najlepiej do korków na trasie między szkołą a domem. Tylko że szkoła jest systemem. Nie da się jej zorganizować tak, by odpowiadała idealnie każdej rodzinie.

Mam też poczucie, że kiedyś taki plan lekcji po prostu był i nie stanowił aż takiego problemu. Z jednej strony rodzice częściej mieli wokół siebie rodzinę, która mogła pomóc. Z drugiej – byli chyba bardziej zdystansowani. Dzieciom dawano więcej przestrzeni i wolności, a one szybciej uczyły się samodzielności i odpowiedzialności.

Dziś te doświadczenia z naszego dzieciństwa często kładą się cieniem na rodzicielstwie. Chcemy zapewnić własnym dzieciom wszystko to, czego być może brakowało nam. Chcemy, żeby miały lepiej, łatwiej i bezpieczniej. I nie ma w tym absolutnie nic złego. Problem zaczyna się wtedy, gdy z troski robimy obowiązek usuwania z życia dziecka każdej niedogodności.

Czas na złapanie rodzicielskiej równowagi

Przecież szkolna świetlica nie musi być tragedią. Dziecko, które raz w tygodniu kończy lekcje o 16:00, nie musi być automatycznie przemęczone i nieszczęśliwe. Nie każda trudność jest krzywdą, a nie każdy dyskomfort wymaga natychmiastowej interwencji dorosłego. Czasem dziecko po prostu musi nauczyć się funkcjonować w świecie, który nie został zaprojektowany wyłącznie pod jego potrzeby. Na tym polega przystosowanie się do życia w społeczeństwie, prawda?

I chyba właśnie tego najbardziej dziś potrzebujemy – trochę równowagi. Z jednej strony oczekiwania wobec szkół powinny być realne: dzieci nie powinny spędzać w nich całych dni, a organizacja zajęć powinna uwzględniać ich możliwości i potrzeby.

Z drugiej strony my, rodzice, też musimy zaakceptować, że nie wszystko da się idealnie poukładać. Że czasem trzeba poczekać na świetlicy. Czasem zacząć lekcje wcześniej, a czasem skończyć później. I że nie każda niedogodność jest dowodem na to, że komuś dzieje się krzywda.

Może więc zamiast co roku rozpoczynać wrzesień od wojny z planem lekcji, spróbujmy najpierw zobaczyć, jak nasze dziecko naprawdę sobie z nim radzi. Bo być może to my – dorośli – stresujemy się nim znacznie bardziej niż nasze dzieci.