
Nowy rok szkolny dopiero się rozpoczął, a rodzice już zaglądają do planów lekcji i przecierają oczy ze zdumienia. W części szkół uczniowie zaczynają zajęcia o 7 rano, a kończą je dopiero po południu, choć od miesięcy mówi się o odciążeniu dzieci i reformie edukacji. Jedna z mam pyta wprost, czy cztery tak wczesne poranki w tygodniu można uznać za zdrowy i higieniczny plan lekcji.
"Cztery razy w tygodniu zajęcia zaczynają się o 7:00"
Rok szkolny dopiero się zaczął, a rodzice już mają pierwszy powód do frustracji. Uczniowie w dużej części dostali już swoje plany lekcji i szybko okazało się, że zapowiadane odciążenie dzieci na razie trudno zauważyć. Są klasy, które zaczynają zajęcia o 7:00, a kończą je po południu.
O reformie edukacji i potrzebie odciążenia uczniów mówi się od dawna. Mniej godzin, mniej nauki pamięciowej, większy nacisk na praktyczne umiejętności i lepiej dostosowanie materiał do potrzeb dzieci – takie zapowiedzi rodzice słyszeli już nie raz. Tymczasem wrzesień przyniósł dobrze znany widok: plan lekcji, który dla części uczniów oznacza bardzo długie dni, a czasem również bardzo wczesne pobudki.
Jedna z mam, Agata Jagodzińska, działaczka związkowa, opisała na X (dawniej Twitter) sytuację swojej córki, która rozpoczęła właśnie 6. klasę szkoły podstawowej. Gdy zobaczyła plan lekcji, pojawiło się zdziwienie.
"Córka rozpoczyna 6. klasę szkoły podstawowej. Dostaliśmy plan lekcji: cztery razy w tygodniu zajęcia zaczynają się o godz. 7:00 rano" – napisała. I trudno się dziwić, że rodzic zaczyna się zastanawiać, czy taki plan jest rzeczywiście dobrym rozwiązaniem dla 12-letniego dziecka.
"I naprawdę zastanawiam się – czy to jest normalne? Od kiedy w polskich szkołach standardem staje się rozpoczynanie lekcji o 7:00, zamiast o 8:00?" – pyta mama. Jak wyjaśniła, wychowawca jako powód wskazuje brak sal i zbyt dużą liczbę uczniów. I tutaj trudno nie przyznać, że problem jest realny.
W wielu szkołach nie da się po prostu "dodać" kolejnych pomieszczeń. Jeżeli w jednym budynku trzeba pomieścić wiele klas, dyrekcje szukają różnych rozwiązań. Zajęcia na zmiany, bardzo wczesne rozpoczęcie lekcji czy późniejsze ich kończenie bywają efektem problemów organizacyjnych nawet u 1-klasistów, którzy kończą zajęcia np. o 16:30.
Szkoła ma być ważniejsza niż regeneracja dziecka?
"Rozumiem problemy organizacyjne szkoły, ale czy ich rozwiązaniem powinno być przerzucanie ich konsekwencji na dzieci?" – pyta Jagodzińska. Jeśli dwunastolatek ma być kilka razy w tygodniu w szkole już o 7:00, musi odpowiednio wcześniej wstać. A przecież samo rozpoczęcie lekcji o tej godzinie nie oznacza, że dziecko otwiera oczy o 6.30. Trzeba się ubrać, przygotować, zjeść śniadanie i często jeszcze dojść lub dojechać do szkoły.
A dzieci potrzebują snu i regeneracji, także do tego, żeby efektywnie się uczyć. Potrzebują również czasu na ruch, zabawę, spotkania z rówieśnikami, zainteresowania i zwykłe odpoczywanie. Po lekcjach nie zawsze mogą po prostu zamknąć zeszyty. Czekają na nie jeszcze prace domowe, nauka, sprawdziany i inne obowiązki.
Prawo nie wskazuje wprost, że lekcje nie mogą rozpoczynać się o godzinie 7:00. Jednocześnie plan zajęć powinien uwzględniać możliwości psychofizyczne uczniów. Dlatego sama możliwość organizacyjna nie musi jeszcze oznaczać, że dane rozwiązanie jest dobre dla dzieci.
"Miała być reforma i odciążenie dzieci, a wyszło jak zwykle"
Do dyskusji o szkolnym przeciążeniu dołączyła Żaneta Krzywnicka-Bogdziewicz, influencerka zajmująca się tematyką zdrowotną, zwracając uwagę na absurd w szkołach. "Miała być reforma i odciążenie dzieci a wyszło jak zwykle. A przepraszam! Reforma jest stopniowa. Do 8 klasy dotrze za 5 lat" – napisała.
Następnie zestawiła sytuację uczniów z przepisami dotyczącymi pracy osób młodych. Jak zauważa, prawo bardzo mocno chroni dzieci i młodzież przed nadmiernym obciążeniem pracą, a jednocześnie szkolny dzień potrafi być dla nich wyjątkowo długi.
"Wiecie ile godzin może legalnie pracować dziecko mające 13 lat?" – pyta. I dodaje, że młody człowiek przed 16. rokiem życia co do zasady nie może być normalnie zatrudniony, a przepisy dotyczące pracy młodocianych przewidują ograniczenia czasu pracy. Powód jest oczywisty: organizm i psychika młodego człowieka wciąż się rozwijają.
Tymczasem – jak zwraca uwagę – wystarczy spojrzeć na plan lekcji niektórych uczniów. "W dużej mierze zaczyna lekcje o 8:00 i kończy o 15.25. To ponad osiem godzin w szkole – więcej niż pełny dzień pracy wielu dorosłych" – pisze.
I na tym szkolna praca ucznia się przecież nie kończy. Po powrocie do domu trzeba zjeść, odpocząć, odrobić zadania, przygotować się do kolejnych lekcji, nauczyć się na sprawdziany. W przypadku ósmoklasistów dochodzą jeszcze przygotowania do egzaminu.
Zobacz także
Dziecko też potrzebuje czasu dla siebie
Oczywiście, można powiedzieć: szkoła zawsze była wymagająca. Każdy z nas miał sprawdziany, kartkówki, zadania domowe i naukę do późna. Tylko że argument „my też tak mieliśmy” nie jest rozwiązaniem.
To, że przez lata dzieci były przeciążane, nie oznacza, że powinniśmy uznać to za normę i że tak już musi zawsze być.
Jeżeli dorosły pracuje osiem godzin, a po pracy potrzebuje odpoczynku, trudno oczekiwać, że 12- czy 13-latek po ośmiu godzinach w szkole będzie miał jeszcze energię na kilka godzin nauki w domu.
Dlatego rodzice mają prawo pytać, czy plan lekcji zaczynający się cztery razy w tygodniu o 7 rano jest rzeczywiście najlepszym rozwiązaniem. Można rozumieć problemy lokalowe szkoły, przepełnione budynki i konieczność organizowania zajęć zmianowych. Ale rozwiązanie problemów organizacyjnych nie powinno odbywać się kosztem snu i regeneracji dzieci.




