
A gdyby najlepszą rzeczą, jaką możesz dać dziecku na start w dorosłość nie były pieniądze? Żadnej finansowej poduszki, żadnego "na wszelki wypadek", żadnego sponsorowania życia po osiemnastce i płacenia za mieszkanie dorosłemu człowiekowi. Brzmi surowo – ale może właśnie tak wygląda prawdziwe przygotowanie do dorosłości? Mam tu swoje zdanie.
Ile dać dziecku na start w dorosłość?
Czy dorosłe dziecko powinno dostać od rodziców pieniądze na start, czy raczej... lekcję życia? Według mnie dawanie dziecku wszystkiego, podsuwanie mu pod nos pieniędzy, mieszkania, ciepłych obiadków, nie zaprowadzi nas do niczego dobrego.
W zasadzie wydaje mi się, że Zetki, pokolenie płatków śniegu, to właśnie efekt takiego podtykania wszystkiego pod nos. Część osób z tego pokolenia ma ogromny problem z samodzielnością i źródło tych kłopotów według mnie leży w nadopiekuńczości ich rodziców.
Moje dzieci mają dziś 8 i 6 lat, więc na co dzień bliżej mi do tematów przedszkolno-szkolnych niż do dorosłych decyzji. Ale rozmowy z innymi matkami szybko sprowadzają na ziemię – prędzej niż później przychodzi moment, w którym dziecko chce niezależności. Także tej finansowej.
Jeszcze niedawno odpowiedź wydawała się prosta: do 18. roku życia decydują rodzice. Potem? "Radź sobie". Tyle że w praktyce wyglądało to zupełnie inaczej. W moim pokoleniu większość osób po maturze wyjeżdżała do dużych miast na studia, a rodzice dokładali do mieszkań, jedzenia i codziennego życia. Ja też miałam ten komfort – dorabiałam głównie w wakacje, ale na co dzień byłam po prostu... utrzymywana.
Nie była to jednak żadna bajka. Owszem, wynajem był tańszy niż dziś, ale standard życia – daleki od luksusu. Pokój dzielony z koleżanką, mieszkanie proszące się o remont, odliczanie pieniędzy na bilet miesięczny i obiady przywożone z domu w słoikach. Skromnie, momentami niewygodnie, ale wystarczająco, żeby się uczyć i powoli oswajać dorosłość.
I może właśnie o to w tym wszystkim chodzi – nie o to, ile dać dziecku na start, tylko czy nie zabierzemy mu czegoś ważniejszego: szansy, żeby naprawdę nauczyło się radzić sobie samo.
Zobacz także
Jest dorosłe, to powinno poradzić sobie samo
Dla mnie przygotowanie do samodzielności i dorosłości jest absolutnie kluczowe. Bo nie sztuką jest dawać dorosłemu dziecku pieniądze, jeśli nas na to stać. Nie sztuką jest też wypchnąć je z domu i powiedzieć: "Radź sobie". Sztuką jest znaleźć złoty środek – tak, żeby dziecko wyszło w świat zaradne, samodzielne i odpowiedzialne.
Jeśli będą chciały się uczyć, będę je wspierać finansowo do pewnego momentu. Mogą mieszkać w domu i dojeżdżać na uczelnię, a jeśli zdecydują się wynająć mieszkanie – też postaram się pomagać. Tylko że nie wiem, jakie będą moje zarobki i jakie będą ceny wynajmu, gdy moi synowie wkroczą w dorosłość. Chciałabym dać im tyle, ile ja dostałam, ale nie mogę niczego obiecać.
Najważniejsze jest jedno: nawet jeśli nie będę mogła ich utrzymywać, muszą umieć radzić sobie w życiu. Pogodzić naukę z pracą, zarządzać pieniędzmi, brać odpowiedzialność za swoje decyzje. Sylwia Olszewska, psycholożka, świetnie to ujęła na Facebooku:
"Nauka przez doświadczanie i działanie przynosi wspaniałe efekty. Trzeba 'tylko' wyzbyć się perfekcjonizmu i chęci robienia wszystkiego za dziecko. Dziecko musi próbować. Musi się ubrudzić, zrobić bałagan w kuchni, coś zepsuć, żeby później naprawić. Czy my rodzice jesteśmy na to gotowi?
Takie wychowanie mówi dziecku: rób, myśl, kombinuj, działaj, zaopiekuj się konsekwencjami, dasz radę, potrafisz, to normalne popełniać błędy, nie poddawaj się… zamiast: daj (w domyśle: zrobię lepiej), bo jesteś dzieckiem i jeszcze nie potrafisz żyć... ale jak ma potrafić, skoro nie dostaje przestrzeni do nauki? [...] Sprawczość, zdrowe poczucie własnej wartości, odporność na frustrację, odwaga do próbowania nowych rzeczy, odpowiedzialność i jeszcze kilka innych ważnych umiejętności...
Zaradność, mądrość, zdrowa psychika dzieci nie bierze się z idealnych warunków i wyręczania. Rodzi się z dzieciństwa, w którym było dużo prób, doświadczeń, odpowiedzialności i tak – bezpieczeństwa. Moje dzieci nie dostaną dużo na start, ale mam nadzieję, że wyjdą z kompetencjami, które pomogą im poradzić sobie w każdych warunkach".
I ja podpisuję się pod jej słowami całym sercem.
Na końcu wszystko sprowadza się do jednego pytania: wychowujemy dzieci, żeby było im wygodnie tu i teraz, czy żeby poradziły sobie w przyszłości – nawet gdy nas obok nie będzie. Bo prawdziwym wsparciem nie są pieniądze. Prawdziwym wsparciem są umiejętności, które zostają na całe życie.
