matka wmawiała córce objawy choroby
Jak się okazało, to nie dziewczynka była chora, tylko jej mama. pexel.com

Przez wiele lat wierzyła, że cierpi na nieuleczalną chorobę i wkrótce umrze. Kolejne pobyty w szpitalach, bolesne badania i wózek inwalidzki były jej codziennością. Dopiero jeden lekarz zauważył, że źródłem problemu nie była tajemnicza choroba, lecz osoba, której ufała najbardziej – własna matka.

REKLAMA

Nina Blom miała zaledwie osiem lat, gdy zaczęły się jej pierwsze pobyty w szpitalu. Dziewczynka skarżyła się na bóle brzucha, szybko schudła i regularnie trafiała na kolejne badania. Problem polegał na tym, że lekarze nie potrafili znaleźć przyczyny jej dolegliwości. Wyniki nie wskazywały na żadną poważną chorobę.

Mimo to jej matka była przekonana, że córka jest ciężko chora. Nalegała na kolejne konsultacje, zabierała Ninę do następnych specjalistów i kazała jej opowiadać lekarzom o dolegliwościach, nawet wtedy, gdy dziewczynka czuła się dobrze.

Z czasem sytuacja stawała się coraz bardziej dramatyczna. Matka wmówiła Ninie, że cierpi na nieuleczalną chorobę mięśni i że wkrótce umrze. Posadziła ją na wózku inwalidzkim, zabroniła normalnie chodzić do szkoły i stopniowo odcinała od rówieśników oraz wszystkiego, co wcześniej sprawiało jej radość.

Przez kilka lat Nina była hospitalizowana kilkanaście razy w sześciu różnych szpitalach. Przeszła liczne, często bolesne badania, ale żaden z lekarzy nie potrafił postawić diagnozy. Dopiero jeden pediatra zauważył, że w tej historii coś się nie zgadza.

To właśnie on odkrył, że dziewczynka nie była ofiarą tajemniczej choroby, lecz jednej z najrzadszych i najbardziej przerażających form przemocy wobec dzieci.

Lekarz zauważył coś niepokojącego

Przełom nastąpił dopiero wtedy, gdy dziewczynką zajął się nowy pediatra. Zauważył, że historia choroby nie pasuje do wyników badań i postanowił przyjrzeć się sprawie dokładniej.

Jego podejrzenia okazały się słuszne. Okazało się, że dziecko przez lata było ofiarą jednej z najrzadszych i najtrudniejszych do wykrycia form przemocy – zespołu Münchhausena przeniesionego na inną osobę.

Po interwencji służb dziewczynka została odseparowana od rodziców. Dopiero wtedy lekarze mogli obserwować ją bez wpływu matki. Jej stan szybko zaczął się poprawiać.

Czym jest zespół Münchhausena?

To zaburzenie psychiczne opiekuna, dawniej określane jako zespół Münchhausena by proxy. Obecnie specjaliści coraz częściej używają określenia fabrykowanie lub wywoływanie choroby u dziecka (Fabricated or Induced Illness – FII).

Polega ono na tym, że rodzic lub inny opiekun celowo wywołuje, wyolbrzymia albo zmyśla objawy choroby u dziecka. Robi to po to, by przekonać otoczenie – zwłaszcza lekarzy – że dziecko wymaga leczenia i szczególnej opieki. Najczęściej sprawcą jest matka, choć eksperci podkreślają, że może to być każdy opiekun.

Dlaczego rodzic to robi?

Motywy nie są do końca poznane. Psychiatrzy wskazują jednak, że osoby cierpiące na to zaburzenie często odczuwają silną potrzebę uwagi, współczucia lub uznania. Rola oddanego rodzica chorego dziecka daje im poczucie wyjątkowości i zainteresowania ze strony otoczenia.

Problem polega na tym, że dziecko staje się narzędziem do zaspokajania tych potrzeb. By utrzymać wizerunek ciężko chorego pacjenta, opiekun może zmyślać objawy, fałszować wyniki badań, podawać niepotrzebne leki, a nawet celowo wywoływać chorobę.

To jedna z najbardziej podstępnych form przemocy wobec dzieci, ponieważ przez długi czas pozostaje niezauważona. Lekarze skupiają się na poszukiwaniu diagnozy, a rodzic zwykle sprawia wrażenie troskliwego i zaangażowanego.

Życie od nowa

Po odseparowaniu od rodziny Nina rozpoczęła wieloletnią rehabilitację i terapię. Musiała nauczyć się nie tylko ponownie normalnie funkcjonować, ale także odbudować zaufanie do ludzi i samej siebie. Dziś mówi otwarcie, że przez lata była przekonana, iż naprawdę umiera.

Źródło: bbc.com/polska