małe dziecko płacze
Kary cielesne i klapsy to przemoc wobec dzieci, która dziś jest karalna. fot. Mehmet Altıntaş/Pexels

Jak można ze śmiechem opowiadać o biciu dzieci i nazywać to "metodą wychowawczą"? Wciąż wielu dorosłych powtarza, że "dostawali klapsy i wyrośli na ludzi", bagatelizując przemoc, której doświadczyli. Dlaczego romantyzowanie klapsów i kar cielesnych jest dziś wyjątkowo groźne?

REKLAMA

Wydawałoby się, że jesteśmy wyedukowani, świadomi i mamy przynajmniej podstawową wiedzę na temat tego, co pozytywnie wpływa na rozwój dzieci, a więc wiemy, jak je wspierać. A jednak...

Jak można tak ze śmiechem mówić o biciu dzieci?!

W Polsce (w 2026 roku!) wciąż prowadzi się dyskusje o tym, czy klapsy i inne formy kar cielesnych wobec dzieci są w porządku.

Oczywiście dziś takie zachowania są karalne, ale wiele osób nadal nie widzi nic złego w tym, że kiedyś wobec najmłodszych stosowano kary przy użyciu skórzanego paska, kabla – na przykład od żelazka – czy innych przedmiotów. Wciąż zdarzają się osoby, które bez cienia wstydu mówią, że one "w dzieciństwie były bite i wyszły na ludzi".

Jakby przemoc mogła być usprawiedliwiona, o ile – w czyimś przekonaniu – nie zostawiła trwałych śladów w psychice (choć trzeba jasno powiedzieć, że to nieprawda). Ostatnio na Threads trafiłam na taki wpis:

"Czekam sobie dziś przy szkole na moje dzieci i wiecie, co mnie uderzyło? Jak dorośli ludzie ze śmiechem wspominali, jak dostawali od rodziców laczkiem, kijkiem, deską (!), jak byli ciągnięci za uszy albo karani fizycznie na inne sposoby. Może jestem jakaś nienormalna, ale jak dla mnie bicie małego bezbronnego dziecka kablem od żelazka, pasem czy deską, to czysty sadyzm. A wspominanie tego ze śmiechem tylko pokazuje, jak bardzo wypacza się takim ludziom postrzeganie przemocy".

Muszę przyznać, że moja reakcja byłaby bardzo podobna do tej, którą miała autorka wpisu. W takich sytuacjach również patrzę z niedowierzaniem na to, jak bardzo można znormalizować przemoc, której samemu się doświadczyło. Szczególnie gdy była to przemoc ze strony rodziców – osób, które powinny być najbliższe i dawać dziecku poczucie bezpieczeństwa.

Dziś, kiedy tamte dzieci są już dorosłymi i sami są rodzicami, a mimo to nie widzą w takich zachowaniach nic złego, a nawet potrafią z nich żartować, trudno nie pomyśleć, że to właśnie dowód na to, jak silny wpływ miała przemoc na ich psychikę i emocje.

Wyśmiewanie to mechanizm obronny

Jedna z osób pod tym postem napisała, że romantyzowanie przemocy czy traktowanie jej jako czegoś błahego bywa mechanizmem obronnym, z którego wiele ofiar nie zdaje sobie sprawy. Łatwiej się śmiać, żartować i lekceważyć zachowania własnych rodziców, niż stawić im czoła i – na przykład – przepracować je z psychologiem czy terapeutą.

Oczywiście każdy ma prawo radzić sobie ze swoją przeszłością na swój sposób. Jednak publiczne powtarzanie, że bicie dzieci "nie było takie złe", nie powinno mieć miejsca. Kiedy słyszę takie słowa, myślę o tym, że to właśnie one podtrzymują społeczne przyzwolenie na przemoc i sprawiają, że nawet dziś – mimo rosnącej świadomości – osoby skłonne do agresji czują, że mogą podnieść rękę na własne dziecko.

Na przemoc wobec dzieci nie ma i nie powinno być zgody – ani w praktyce, ani w żartach, ani we wspomnieniach opowiadanych z uśmiechem. To, że ktoś "wyszedł na ludzi", nie oznacza, że nie zapłacił za to emocjonalnej ceny.

Jeśli naprawdę zależy nam na dobru dzieci, musimy przestać usprawiedliwiać to, co je krzywdzi. Powinniśmy też jasno mówić, że wychowanie bez przemocy to nie moda, lecz fundament zdrowych relacji i bezpiecznego dzieciństwa.