wnętrze wagonu pociągu z pasażerami
Podróżowanie z dziećmi dla rodziców i tak jest wystarczająco stresujące. fot. Bruno Henrique/Pexels

Nagranie z pociągu wywołało w sieci prawdziwą burzę. Młody mężczyzna zarzucił rodzicom, że nie potrafią uciszyć dzieci, bo jego pies się denerwował. Wideo kolejny raz rozpaliło spór o to, komu w przestrzeni publicznej należy się więcej wyrozumiałości – dzieciom czy opiekunom zwierząt.

REKLAMA

Dzieci i zwierzęta w przestrzeni publicznej to problem

Ostatnio w mediach społecznościowych coraz częściej widzę dyskusje o tym, że rodzice i opiekunowie zwierząt zupełnie nie potrafią się porozumieć. Żyjemy w czasach, w których coraz więcej młodych osób rezygnuje z decyzji o założeniu rodziny i wychowywaniu dzieci.

Poziom dzietności jest alarmująco niski, a wiele par zamiast potomstwa decyduje się na opiekę nad zwierzętami. Pojawiają się nawet hasła – jak to podczas Marszu Niepodległości – że osoby bezdzietne traktują zwierzęta jak dzieci (co uważam za wyjątkowo obraźliwy komentarz wobec osób, które dzieci nie mają).

Z drugiej strony również rodzicom w przestrzeni publicznej często się obrywa. Słyszą, że ich dzieci są niegrzeczne, że "wchodzą im na głowę", że się drą, są zbyt głośne i uciążliwe. Czasami to efekt tego, że niektórzy rodzice faktycznie nie stawiają dzieciom granic, budując negatywny PR wokół całego rodzicielstwa.

Z drugiej jednak strony społeczeństwo staje się coraz mniej wyrozumiałe i nie bierze pod uwagę, że dzieci dopiero uczą się życia społecznego. Nie zawsze będą ciche, spokojne i "zaprogramowane" niczym roboty. Ostatnio na Threads trafiłam na wpis z nagraniem wideo, na którym młody chłopak jedzie z psem pociągiem.

"To jest to całe zwierzęce zachowanie? Poprosilem o przeniesienie dzieci trochę dalej bo mój pies się denerwuje. Odpowiedź była tylko pokiwaniem głowy na 'tak', jak stali i darli ryja tak dalej stoją. #Patola" – napisał użytkownik o nicku adam_samson005. Tu możecie zobaczyć nagranie.

Na wideo widać jego i małego psa siedzącego na siedzeniu obok. Nie widać rodziców ani dzieci, choć ich słychać. Nie jest to jednak nic nadzwyczajnego – słychać dziecięcy śmiech, zabawę, jakieś pokrzykiwanie. Dla mnie to normalne zachowanie dzieci, szczególnie jeśli mówimy o maluchach.

Trzeba być gotowym na kompromisy

Rozumiem, że ktoś może potrzebować ciszy i spokoju. Jeśli jednak tak jest, w wielu pociągach dostępne są specjalne wagony, w których takie warunki są zapewnione – zwykle za dodatkową opłatą. W zwykłym wagonie, w którym mają prawo jechać wszyscy, trudno wymagać od dwulatka, by nie płakał ani nie śmiał się głośno, jeśli czuje taką potrzebę.

Muszę przyznać, że po obejrzeniu tego nagrania poczułam smutek. To wideo jeszcze mocniej dzieli i utwierdza w przekonaniu, że dla części społeczeństwa dzieci i rodzice są problemem. Nie chcę atakować psa ani jego opiekuna – mają oni takie samo prawo przebywać w wagonie jak rodzina z dziećmi. Jeśli jednak komuś szczególnie zależy na ciszy, może ją sobie zapewnić, wybierając odpowiednią strefę.

Rodzice z małymi dziećmi świadomie nie kupują biletów do strefy ciszy, bo wiedzą, że ich dzieci nie będą w stanie spełnić jej wymogów. Dzieci są tylko dziećmi – nie rozumiem, jak można szczuć na nie społeczeństwo tylko dlatego, że zachowują się adekwatnie do swojego wieku.

Rozumiem oburzenie opiekunów zwierząt wtedy, gdy dzieci przekraczają granice – próbują na siłę głaskać obce zwierzę, zaczepiają je czy dokuczają mu. W opisanej sytuacji jednak pasażerowie nie robili nic poza tym, że zachowywali się jak dzieci – i to z dala od zwierzęcia. Szczególnie jeden komentarz zwrócił moją uwagę.

Bądźcie bardziej życzliwi

W kulturalny sposób zwrócono w nim autorowi uwagę, że nie ma monopolu na ciszę i spokój w transporcie publicznym:

"Oezu, jak dobrze, że byłam dzieckiem w czasach, kiedy na moje zabawy w m. in. w pociągu ludzie reagowali uśmiechem. Ba! Niektórzy przyłączali się do wygłupiania. A co się na podwórkach działo! W wakacje od rana do późnego wieczora non stop granie meczy, śpiewanie, darcie, wygłupianie się. Nikt, powtarzam NIKT, nie zwrócił nam uwagi! Cholernie się cieszę, że mogłam bawić się głośno i nikt nie nazywał mnie patologią. Cholernie się cieszę, że miałam więcej przywilejów niż piesecki(btw tak, mam psa)" – napisała użytkowniczka @martasrebrzynska.

Jest w tym sporo racji. Żyjemy w czasach, w których od rodziców i dzieci oczekuje się, by byli jak najmniej widoczni i jak najmniej słyszalni. Często wymaga się od nich więcej niż od innych grup społecznych, a w zamian nie oferuje się im ani zrozumienia, ani życzliwości.

Może zamiast kolejnych podziałów warto spróbować wrócić do podstawowej empatii? Przestrzeń publiczna jest wspólna – dla dzieci, dorosłych i zwierząt. Nie da się jej dostosować wyłącznie do potrzeb jednej grupy. Jeśli nauczymy się wzajemnego szacunku i odrobiny wyrozumiałości, naprawdę wszyscy zmieścimy się w jednym wagonie – bez wzajemnej wrogości i bez etykiet.