
Przedszkolaki chorują, bo ich układ odpornościowy dopiero się uczy – to naturalny etap rozwoju. Prof. Wojciech Feleszko podkreśla jednak, że zamiast sterylności dzieci potrzebują kontaktu z naturą i... odrobiny błota. Ekspert wyjaśnia, że to właśnie codzienne, brudne zabawy mogą być najlepszym wsparciem odporności.
Sezon przejściowy to dla wielu rodziców czas chorób. Dzieci – szczególnie te w wieku przedszkolnym – łapią infekcję za infekcją i często wracają z placówki z katarem, kaszlem albo bólem ucha. Pediatra prof. Wojciech Feleszko ma na to prosty przepis, który nie wymaga ani suplementów, ani wizyt w aptece. Wystarczy pozwolić dziecku grzebać patykiem w ziemi i utytłać się w błocie.
Sezon przedszkolny i ciągłe infekcje – dlaczego tak się dzieje
Każdy, kto ma lub miał dziecko w wieku 3–6 lat, wie, że jesień i wiosna to czas, kiedy nigdy nie wiadomo, czy dziecko akurat tego dnia nie zacznie pociągać nosem albo nie powie, że boli je ucho. Budowanie odporności to proces, a przedszkolne infekcje są jego nieodłącznym elementem. Warto oczywiście wspierać kilkulatka zdrową, zbilansowaną dietą i odpowiednimi nawykami, takimi jak codzienna aktywność na świeżym powietrzu.
Wielu rodziców decyduje się jednak na bardziej złożone wsparcie – suplementuje syropy, witaminy i kapsułki, które według producentów mają wzmacniać odporność. Tymczasem pediatrzy zauważają, że lepiej niż specyfiki z apteki działa zmiana codziennych przyzwyczajeń.
Pisałyśmy już o tym, że sami zabijamy dzieciom odporność – nie wirusami, tylko własnymi nawykami. Świetnie pokazuje to tekst minus sześć stopni i panika rodziców – tak zabijamy odporność przedszkolaków, w którym redaktorka opisuje, jak rodzice w polskich przedszkolach blokują nauczycielkom wyjścia z dziećmi przy chłodniejszej pogodzie. Efekt? Dzieci całymi dniami siedzą w przegrzanych salach, a potem w domu dostają kolejne syropy. To samo zjawisko opisuje materiał przegrzane przedszkolaki chorują, "wolę zimny chów niż Hawaje w sali" – pediatrzy alarmują, że regularne przegrzewanie obniża odporność znacznie skuteczniej niż chłód.
"Old friends" – bakterie z ziemi wzmacniają układ odpornościowy dziecka
Pediatra prof. Wojciech Feleszko w rozmowie z Pauliną Górską w jej podcaście "Lepszy Klimat" podaje prosty sposób na wzmocnienie odporności dzieci. Najlepiej działają zabawy, których wielu rodziców unika: grzebanie patykiem w ziemi, taplanie się w błocie i wszelkie inne aktywności, podczas których dziecko może się porządnie pobrudzić.
"Wykazano, że w tej ziemi są drobnoustroje – mikobiolog Graham Rough to określił 'old friends', czyli starzy przyjaciele. (...) To są bakterie, które są nieszkodliwe dla organizmu ludzkiego, a ich kontakt z ludzkim ciałem sprawia, że uzyskujemy pozytywne bodźce dla naszego układu odpornościowego" – wyjaśnił pediatra.
Dodał, że gdy opowiada na różnych wykładach zagranicznych o wzmacnianiu odporności u dzieci, zwykle pokazuje zdjęcie swojej córki. Córka lekarza jest na nim cała ubłocona, ma czarne ręce po zabawie na działce pod Warszawą.
Feleszko mówi wprost: "Dobry rodzic to taki, który pozwoli się utytłać w błocie, pozwoli poganiać. (...) Zdarzają się uszkodzenia ciała jak się ma kontakt z przyrodą. Pozwólmy na to, bo korzyści są wielokrotnie wyższe, niż ta chwilowa niedogodność medyczna".
To, co mówi pediatra, ma też naukowe potwierdzenie. Badanie przeprowadzone na Uniwersytecie w Bristolu wykazało, że błoto zawiera bakterie zwiększające produkcję serotoniny w mózgu, a kontakt z drobnoustrojami w pierwszych latach życia obniża ryzyko alergii i astmy. Pisaliśmy o tym w tekście to świetna i tania zabawa na deszczowe dni – wielu rodziców jej zabrania, w którym tłumaczyłyśmy, dlaczego taplanie się w kałuży nie powinno budzić rodzicielskiego przerażenia.
Gry na konsoli kontra patyk i kałuża – dramatyczne dane o czasie na dworze
Słowa Feleszki są o tyle istotne, że jako mama dwóch chłopców, którzy uwielbiają zabawę w błocie i wszelkie inne brudne aktywności, muszę przyznać, że z każdym kolejnym rokiem ich życia uczyłam się nie ingerować, gdy byli umorusani, mieli brudne ręce, twarze i kolana. Z jednej strony nie przepadałam za tymi zabawami, bo później było po nich mnóstwo sprzątania. Z drugiej dawały mi chwilę wytchnienia – czas na wypicie ciepłej kawy – a jednocześnie wiedziałam, że wspierają ich odporność i rozwój, choćby integrację sensoryczną.
Niestety statystyki pokazują, że trend idzie w odwrotną stronę. Portal INN:Poland pisał już o badaniu, z którego wynika, że dzieci spędzają na dworze mniej czasu niż więźniowie. Brytyjskie maluchy przebywają na świeżym powietrzu poniżej godziny dziennie, a winne są m.in. brak terenów zielonych, technologie i strach rodziców. W Polsce bywa podobnie – kilkulatki spędzają w sali kilka godzin, w mieszkaniu kilka kolejnych przed ekranem, a na ruchu na świeżym powietrzu zostaje 20 minut po drodze z przedszkola do domu.
Skandynawski model – nie ma złej pogody, są złe ubrania
Dziś widzę, że to naprawdę staje się rodzicielskim trendem – coraz więcej jest leśnych przedszkoli, rodzice pozwalają dzieciom na zabawy na wodnych placach zabaw i nie reagują nerwowo na każdą plamę czy dziurę w rajstopach. Nadal nie jest to powszechne i czasami zazdroszczę rodzicom w krajach skandynawskich, gdzie to podejście jest na porządku dziennym.
W Polsce wciąż budzi to skrajne emocje – świetnym przykładem jest tekst polskie przedszkole jak w Skandynawii – jedne mamy zachwycone, inne wkurzone o olsztyńskiej placówce, w której dzieci śpią drzemkę na tarasie ubrane w kurtki, czapki i kocyki. Część rodziców była zachwycona, inni oburzeni. A w Norwegii czy Szwecji takie spanie na dworze to absolutna codzienność i jeden z elementów hartowania od pierwszych miesięcy życia.
Na koniec warto pamiętać, że dzieciństwo nie musi być sterylnie czyste, by było bezpieczne i zdrowe. Czasem to właśnie odrobina błota, piasku i swobodnej zabawy daje najwięcej korzyści – zarówno dla odporności, jak i dla dziecięcej radości. I choć jako rodzice nie zawsze mamy ochotę na kolejne pranie czy sprzątanie, to właśnie te brudne zabawy często okazują się najbardziej wartościowe.
Zobacz także
