
W całej Polsce panuje mroźna i śnieżna zima, a wraz z nią powrócił stary przedszkolny problem: wychodzenie dzieci na dwór. Gdy temperatura spada poniżej zera, część rodziców domaga się, by przedszkolaki zostały w salach, bo "od mrozu się choruje". Jako mama niespełna 6-latka patrzę na to z rosnącą irytacją i pytam, czy naprawdę bardziej szkodzi śnieg niż kiszenie się wśród wirusów.
Dzieci kiszą się w sali, zamiast wyjść na śnieg
Za oknem w całej Polsce mamy zimę. Taką prawdziwą– z mrozem, śniegiem i temperaturą na minusie dochodzącą w nocy nawet do dwucyfrowych wyników. I dokładnie teraz w wielu przedszkolach w całym kraju rozgrywa się ta sama scena.
Awantura o wychodzenie na dwór, której nie było od kilku lat (bo mroźne zimy w Polsce są ostatnio średnio co jakieś 5 lat). Rodzice piszą wiadomości na Messagnerze, oburzają się w przedszkolnej szatni. "Spacer na takim mrozie?!", "Przecież dzieci od tego chorują", "Czy one naprawdę muszą wychodzić zimą?", "Przecież teraz panuje grypa!".
Jestem mamą niespełna 6-latka i przyznaję wprost: te dyskusje doprowadzają mnie do szału. Nie chcę nawet myśleć, jak bardzo sfrustrowane i zmęczone musza być nauczycielki w przedszkolach słysząc to każdego dnia. Rodzice panikują i otwarcie mówią (i piszą), że ich zdaniem najlepszym sposobem na zdrowie dzieci jest zamknięcie ich w sali na kilka godzin. W sali pełnej wirusów, bakterii i bez możliwości otwierania okien, bo to też im szkodzi. Gdyby ktoś nie zauważył – moje słowa to czysty sarkazm.
Moje dziecko uwielbia zabawę na świeżym powietrzu. Śnieg, bieganie, rzucanie kulkami, robienie śladów butami – to jest jego żywioł. W ostatnich latach maluchy mają tego śniegu i mroźnej aury jak na lekarstwo – zimy są szare, ponure, pełne pluchy. Przez ostatnie lata widziała, jak wszystkich bardzo taka szara zima zmęczyła.
Korzystajcie z mroźnej aury, na zdrowie!
Kiedy jednak jest pięknie – mroźne powietrze, wszystko w śniegu i można skorzystać w końcu z aktywności na świeżym powietrzu – my znowu narzekamy. Dzieci siedzą znudzone w przedszkolnych salach, a za kilka dni rzeczywiście pojawią się pewnie u nich katarki i kaszelki. Jednak nie od zabawy na mrozie, a od kiszenia się w nieprzewietrzonej Sali.
Rodzice powtarzają, że martwią się o to wychodzenie, bo dzieci mają słabą odporność. No mają, bo zamiast świeżego powietrza wdychają drobnoustroje z tej samej sali przez 6 czy 8 godzin dziennie.
Serio, przy temperaturze -6 stopni dzieci mogą wyjść na dwór na krótki spacer albo pobawić się w przedszkolnym ogrodzie. To nie jest żaden ekstremalny mróz. To normalna zima, jaką pamiętamy my z dzieciństwa. Tyle że wtedy nikt nie robił z tego problemu.
Wiem, że nauczycielki często są między młotem a kowadłem. Z jednej strony wiedzą, że ruch na dworze jest dzieciom potrzebny. Z drugiej – rodzice, którzy oburzają się na samo słowo "spacer" w takich warunkach pogodowych. A do tego dzieci przyprowadzane do przedszkola w cienkich rajstopkach, w sukienkach "bo ładne", bez spodni na śnieg, bez kombinezonu. Jak w takiej sytuacji wyjść na dwór z całą grupą? Nie dziwię się, że dla świętego spokoju nauczycielki odpuszczają.
Potem jest płacz, pretensje i pretensjonalne wiadomości. A problemem wcale nie jest pogoda, tylko podejście rodziców. Co sezon słyszę te same narzekania: że dzieci ciągle chore, że infekcja goni infekcję. I co robimy? Kupujemy kolejne suplementy, syropy, witaminy na odporność. Zamiast zrobić coś najprostszego na świecie – pozwolić dzieciom wyjść na mróz, pobiegać, dotlenić się, poruszać.
Nie piszę tego jako ekspertka. Piszę to jako zirytowana mama chłopca, który w zimowe dni powinien wracać z przedszkola zmęczony od zabawy na śniegu, a nie zmęczony siedzeniem w czterech ścianach.
