
Czy ślub przestaje być ślubem, kiedy zamiast obietnicy "wszystko będzie nasze" pojawia się podpisany u notariusza dokument i kalkulowanie możliwych zysków i strat? Coraz więcej par przed ślubem nie tylko mówi o miłości i wspólnym życiu, ale też o pieniądzach, majątku i tym, co zrobić, gdy za kilka czy kilkanaście lat życie napisze zupełnie inny scenariusz. Zapytałam ich, skąd ta zmiana i czy to nie koniec romantyzmu.
Rekord intercyz, a ślubów było najmniej od lat
Według szacunków GUS, które podaje "Rzeczpospolita", w ubiegłym roku zawarto około 133 tys. małżeństw – najmniej od czasów powojennych. Jednocześnie, jak wynika z danych przytaczanych przez Krajową Radę Notarialną, liczba małżeńskich umów majątkowych sięgnęła blisko 70 tys. i była najwyższa w historii.
Czy to oznacza, że skoro coraz mniej osób chce się pobierać, to te, które już się decydują, coraz częściej myślą o pieniądzach? Niekoniecznie.
W ostatnich latach zmieniło się nasze podejście do małżeństwa, a intercyzy są tego efektem. Coraz częściej traktujemy je nie tylko jako decyzję, która ma swoje bardzo konkretne konsekwencje prawne i finansowe, a dla współmałżonków może być poduszką bezpieczeństwa i zapewnieniem spokoju.
Aleksandra z mężem Adamem o intercyzie zdecydowali jeszcze przed ślubem. Co ciekawe, oboje byli co do decyzji zgodni.
– Właściwie intercyza ma za zadanie uniemożliwić małżonkowi przejęcie majątku partnera. My z mężem podpisaliśmy intercyzę przedmałżeńską i to ja wyszłam z taką inicjatywą.
Dla Aleksandry ważne było przede wszystkim to, kiedy taką decyzję podjąć.
– Uważam, że decyzję na temat zabezpieczenia osobistego majątku należy podejmować wtedy, kiedy między partnerami jest dobrze, a nie kiedy coś złego się wydarzy – wtedy już jest za późno, może nie być odwrotu – tłumaczy.
Bo przecież skoro kochamy człowieka i planujemy spędzić z nim resztę życia, po co z góry zakładać, że coś może pójść nie tak?
– To, że ktoś teraz zachowuje się uczciwie, nie znaczy, że za 10 czy 15 lat nie wpadnie w kłopoty, które obarczą drugiego małżonka. Hazard to choroba, a nieleczona może wyrządzić dużo krzywdy. I nie uważam, żeby słuszne było spłacanie długów, których samemu się nie zaciągnęło – mówi. I dodaje:
– Gdybym to ja narobiła długów, byłoby nieuczciwe wobec Adama, żeby musiał je spłacać za mnie. I odwrotnie – też nie chciałabym znaleźć się w takiej sytuacji.
Zobacz także
Intercyza kiedyś była niemal deklaracją o braku zaufania
Trudno nie zauważyć, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu intercyza miała zupełnie inny wydźwięk. Kojarzyła się z bardzo majętnymi ludźmi, którzy mieli również dużo do stracenia w przypadku rozwodu czy wcześniej zawarcia małżeństwa, w którym jedna ze stron miała nieczyste intencje.
Historycznie intercyza mogła być proponowana przez każdą ze stron, w tradycyjnym modelu społecznym częściej był to mężczyzna, ponieważ to on częściej posiadał znaczący majątek lub prowadził działalność gospodarczą.
A kobieta, której mężczyzna zaproponował intercyzę mogła poczuć się nawet obrażona, tak jakby "czyhała na majątek", jakby szczerość jej uczuć była poddana w wątpliwość.
Dzisiaj coraz częściej patrzymy na to inaczej. Mamy większą świadomość finansową, więcej osób wchodzi w małżeństwo po trzydziestce, kiedy zdążyło już kupić mieszkanie, zaciągnąć kredyt, zbudować firmę czy zgromadzić oszczędności. Coraz częściej oboje partnerzy mają własne pieniądze i zobowiązania zaciągnięte jeszcze przed ślubem.
Tak było w przypadku Patrycji, nauczycielki z miejscowości pod Warszawą. Kiedy wychodziła za mąż, miała już stabilną pracę i własne mieszkanie kupione na kredyt. Jej przyszły mąż również mógł wnieść do związku swój majątek – dom z działką odziedziczony po rodzicach.
Zdecydowali się więc na intercyzę. Mają wspólną przestrzeń, wspólnie zarządzają budżetem i traktują swoje zarobki jako pieniądze na rodzinę. Po prostu nie uważają, że muszą się wzajemnie rozliczać z tego, co każde z nich posiada.
Nie mają też poczucia, że skoro są małżeństwem to wszystko muszą mieć wspólne. To bardzo praktyczne podejście do małżeństwa. I chyba właśnie ono najlepiej pokazuje, jak zmieniło się dziś myślenie o intercyzie i w ogóle o związkach i małżeństwie.
"A może to jednak egoizm?"
Nie wszyscy patrzą na to w ten sposób. Karolina ma 33 lata, mieszka w Warszawie, na pomysł swojego partnera, by przed ślubem podpisać intercyzę zareagowała oburzeniem. Uważa, że małżeństwo z definicji oznacza wspólnotę. Rozumie, dlaczego niektóre osoby czują się urażone, gdy partner proponuje rozdzielność majątkową. W jej przekonaniu może to być odejście od idei wspólnego życia.
Jak sama zauważa, związek małżeński w rozumieniu prawnym to związek dwóch osób, które mają wspólne życie, w tym też budżet i to, co posiadają.
Podobne komentarze można znaleźć w dyskusjach internetowych. Intercyza bywa nazywana egoizmem albo dowodem na to, że jedna ze stron już na początku małżeństwa myśli o własnym interesie.
Zobacz także
Tylko czy rzeczywiście musi tak być?
Aleksandra zupełnie inaczej rozumie pojęcie egoizmu.
– Mi się wydaje, że egoizm byłby wtedy, gdybym myślała tylko o sobie. A intercyza przecież zabezpiecza mojego męża, który tak się składa, że w tym momencie zarabia lepiej ode mnie. Ja mu jego osobistego majątku nie zabiorę i nie będę miała do niego roszczeń – mówi. I zwraca uwagę na jeszcze jedną rzecz.
– Umowę między nami możemy modyfikować i dostosowywać do swoich potrzeb. Najważniejsze, żeby to była decyzja osób, które pozostają w związku, i żeby obie czuły, że to jest dla nich w porządku – podkreśla Aleksandra.
Mnie nasunęło się w tej sytuacji pytanie, czy intercyza to koniec romantyzmu?
Dziś pojęcie romantyzmu chyba po prostu wygląda nieco inaczej. Nie polega na przekonaniu, że nic złego nigdy się nie wydarzy, tylko na świadomości, że życie potrafi zaskoczyć. Staliśmy się bardziej pragmatyczni, umiemy przewidywać, że życie bywa różne i na te ewentualności chcemy się zabezpieczyć.
Z drugiej strony wspólnota majątkowa dla wielu małżeństw jest właśnie symbolem tego, czym małżeństwo ma być: wspólnym życiem, wspólnymi pieniędzmi i wspólnym ponoszeniem konsekwencji decyzji. I trudno się dziwić, że dla części osób rozdzielność majątkowa nie pasuje do takiego wyobrażenia o małżeństwie.
Być może najciekawsze jest jednak to, że coraz więcej par zaczyna rozmawiać o pieniądzach jeszcze przed ślubem, a nie dopiero wtedy, gdy pojawia się finansowy problem. Dla jednych to przejaw pragmatyzmu, dla innych po prostu rozsądne przygotowanie się na życie, którego przecież nie da się zaplanować od początku do końca.
Aleksandra patrzy na intercyzę jeszcze inaczej. Nie jak na mur między małżonkami, ale jak na rozwiązanie, które w razie problemów może dać jednemu z nich przestrzeń, żeby pomóc drugiemu.
To dość przewrotne spojrzenie. Można uznać, że skoro jesteśmy razem, powinniśmy razem tonąć. Można też spojrzeć na to inaczej: kiedy jedno z nas zaczyna tonąć, drugie powinno mieć jeszcze wystarczająco dużo przestrzeni, żeby wyciągnąć rękę i pomóc mu wydostać się z przysłowiowego bagna.
I chyba właśnie w tym tkwi największa zmiana w podejściu do intercyzy. Nie musi być ani deklaracją braku zaufania, ani dowodem na to, że małżonkowie nie chcą dzielić ze sobą życia. Może być po prostu jednym ze sposobów, w jaki para układa swoje zasady dotyczące pieniędzy, majątku i odpowiedzialności.
Nie ma jednej instrukcji obsługi małżeństwa, która pasowałaby do wszystkich par.








