Mam 30-lat i o mieszkaniu mogę pomarzyć. Czuję się, jak nieudacznik, a pytają mnie "kiedy dziecko?"
Kobieta 30-letnia próbuje wziąć kredyt na mieszkanie Fot. Gemini

Szczyt luksusu. Święty Graal. Synonim bezpieczeństwa. Własne mieszkanie to marzenie mojego pokolenia. I nieustanny wyścig, bo ktoś ze znajomych już je ma, a ja wciąż nie. Nie wspominając o podziale klasowym między tymi, którzy dostali swoje M2 od rodziców, a tymi, których nie stać nawet na wynajem. Pytacie, dlaczego młode Polki nie chcą rodzić dzieci. Być może dlatego, że większość energii pochłania nam odpowiedź na jedno pytanie: "jak do cholery zdobyć własny dach nad głową?".

REKLAMA

Własne mieszkanie przed 30-stką albo bycie nieudacznikiem

Kiedyś mieszkanie było jednym z etapów dorosłości. Dziś dla wielu osób stało się całą dorosłością. A dla wielu także współczesna wersja emerytury, bo w system emerytalny dzisiejsi trzydziestolatkowie raczej nie wierzą. Pokolenie naszych rodziców przed 30-stką zapewne chciało wziąć ślub i założyć rodzinę, moje pokolenie myśli o tym, jak stać na własnych nogach we własnym domu.

Czy to oznacza, że mamy zupełnie inne priorytety?

Niekoniecznie. Różnica polega na tym, że własne mieszkanie kiedyś było jednym z elementów planu, a nie warunkiem wstępnym dla wszystkich pozostałych decyzji. Dziś dla wielu trzydziestolatków zdobycie mieszkania stało się celem, który przesuwa ślub, dzieci czy poczucie stabilizacji na później. Dlatego, że jest to cel, do którego droga jest szalenie długa i wyboista. A właściwie do ukończenia tylko dla wybrańców.

Dlatego zbiera mnie na śmiech przez łzy, gdy słyszę pytanie:

"Dlaczego Polki nie decydują się na dzieci przed 30-stką?".

Moi drodzy, przed 30-stką to musimy zadeklarować się na to, że przez kolejnych 35 lat będziemy spłacać kredyt, żeby w ogóle mieć, gdzie to dziecko urodzić.

Ale zacznijmy od tego, jak ten wyścig wygląda i jak każdego dnia czuję na plecach oddech rówieśników, którzy może mieszkanie już kupili, a może (co za zazdrość!) dostali od rodziców, a ja nadal jestem w czarnej D...

Jednocześnie na Instagramie, Facebooku i TikToku widzę influencerki, które w moim wieku kupują już nie pierwsze, a drugie mieszkanie.

"Kochani, 30-lat to wiek, żeby moją kawalerkę zmienić na większe mieszkanie/segment/dom pod miastem. No wiecie, na przyszłość, dla rodziny..." – słyszę od influencerki i robi mi się słabo, bo czuję się jak życiowy nieudacznik.

Chociaż mam stabilną pracę, robię drugą magisterkę, wynajmuję mieszkanie w stolicy, odkładam.

Jednocześnie mam znajomych, których nie stać na wynajem mieszkania i nadal żyją pod dachem rodziców. W jakim świecie my żyjemy?

A propos kosztów, posłuchajcie tego.

Ile kosztuje dziś mieszkanie? Zapnijcie pasy

W Warszawie średnia cena metra kwadratowego nowego mieszkania to już około 17,5 tys. zł. Oznacza to, że za niespełna 40-metrowe mieszkanie trzeba zapłacić około 700 tys. zł.

Brzmi abstrakcyjnie? To policzmy.

Żeby kupić takie mieszkanie samodzielnie, trzeba mieć około 140 tys. zł wkładu własnego. A potem jeszcze zarabiać mniej więcej 11–13 tys. zł netto miesięcznie, żeby w ogóle mieć szansę na kredyt.

Tymczasem mediana wynagrodzeń w Polsce wynosi około 5,5 tys. zł na rękę.

Kurtyna.

Ilu znacie trzydziestolatków, którzy zarabiają ponad 10 tys. zł netto? A ilu takich, którzy po opłaceniu wynajmu są w stanie jeszcze odłożyć 140 tys. zł na wkład własny?

Bo właśnie tak wygląda dziś wyścig o dorosłość.

Mówi się, że trzeba tylko oszczędzać. Tylko trudno oszczędzać na wkład własny, kiedy co miesiąc kilka tysięcy złotych oddajesz właścicielowi mieszkania, bo własnego po prostu nie masz.

Oczywiście, zaraz ktoś powie, że w małym mieście lub na wsi mieszkanie można kupić nawet za 400 tys. zł. Jasne. Wtedy jednak pensje będą odpowiednio niższe, a wielu młodych ludzi już po liceum postawiło wszystko na jedną kartę, wyruszając w podróż do większych miast, by tam studiować, zdobywać doświadczenie, pracować i przy okazji ułożyło tam sobie życie prywatne.

Nie każdy ma możliwość pracy zdalnej, nie każdy chce wracać do miejscowości, z której pochodzi, w którym brakuje nierzadko nie tylko perspektyw, ale szansy na pracę w zawodzie.

Serio, muszę się tłumaczyć z tego, że chcę mieszkać w mieście, w którym ułożyłam sobie życie i jestem traktowana jak "burżujka"?

Podziały społeczne, czyli "mi rodzice dali na mieszkanie"

Nie wyobrażacie sobie, ile przyjaźni rozpadło się na etapie kupowania (czy no właśnie niekupowania) mieszkań. Gdy jedna strona opowiada o tym, jak trudno oszczędzić pieniądze na wkład własny, ile trzeba wziąć w pracy nadgodzin albo zmienić branżę, bo bank na umowy śmieciowe kręci nosem, a w obecnej pracy o umowie o pracę można pomarzyć, a finałem tej całej batalii będzie "wygrana" w postaci możliwości długu zaciągniętego w banku na 30 lat.

A druga strona odpowiada wtedy... "no tak, ale to będzie mieszkanie banku, a nie twoje"... A tobie otwiera się nóż w kieszeni, bo wiesz, że osobnik wygłaszający takie "mądrości" swoje mieszkanie dostał od rodziców. Taka różnica finansowa staje się nie do przeskoczenia. Różnica społeczna właściwie, a może i klasowa?

Kwestia zazdrości to jedno, a ta umie zatruć najlepszą przyjaźń, ale w grę wchodzi także różnica w podejściu do życia. Bo jak mówić wspólnym językiem, gdy wasze życie zaczyna się z zupełnie innej pozycji?

Jedni startują z kluczem do własnego mieszkania w kieszeni, inni z kalkulatorem kredytowym otwartym na telefonie. Coraz częściej udajemy, że wszyscy biegniemy w tym samym wyścigu, choć niektórzy wystartowali sto metrów przed resztą.

Najgorsze jest jednak coś innego. Zaczynamy mierzyć swoją wartość liczbą metrów kwadratowych. Jeśli przed trzydziestką nie masz własnego mieszkania, łatwo uwierzyć, że zrobiłeś coś źle. Że jesteś mniej zaradny, mniej pracowity, mniej "dorosły". A przecież bardzo często nie przegrałeś dlatego, że za mało się starałeś. Przegrałeś dlatego, że zasady gry zmieniły się szybciej niż nasze oczekiwania wobec młodych ludzi.

Może więc zamiast pytać trzydziestolatków: "Dlaczego jeszcze nie kupiliście mieszkania?", "Dlaczego nie macie dzieci?", "Dlaczego odkładacie życie na później?", warto zadać inne pytanie. Kiedy stworzyliśmy świat, w którym własne M przestało być marzeniem, a stało się osiągalna dla wybrańców przepustką do tego, by poczuć się pełnoprawnym dorosłym?

Czytaj także: