
Kontakt rodzica z nauczycielem bywa specyficzny. Jedni piszą późnym wieczorem w sprawie zaginionej czapki, inni po niespełna godzinie pytają z pretensją, dlaczego wciąż nie dostali odpowiedzi. Nauczyciele pokazali wiadomości, które szczególnie zapadły im w pamięć.
Kontakt z nauczycielem jeszcze nigdy nie był tak prosty. E-dziennik, e-mail, czasem telefon – wystarczy chwila, żeby zapytać o ocenę, nieobecność czy sytuację, która wydarzyła się w szkole. I właśnie ta łatwość komunikacji sprawia, że czasami piszemy szybciej, niż zdążymy pomyśleć.
Nauczyciele podzielili się w sieci przykładami wiadomości od rodziców, które szczególnie zapadły im w pamięć. Niektóre bawią, inne zaskakują, ale przede wszystkim pokazują, jak specyficzną formą komunikacji stał się kontakt rodzica ze szkołą.
"Czy nie wie pani, gdzie jest czapka mojej córki?"
Zagubione rzeczy to szkolna codzienność. Bluzy, czapki, bidony, piórniki – rodzice doskonale wiedzą, jak szybko potrafią znikać. Jeden z nauczycieli wspomina wiadomość z pytaniem: "Czy nie wie pani, gdzie jest czapka mojej córki?".
"Jurka nie będzie przez dwa tygodnie, bo lecimy do Turcji. Prosimy o przesłanie materiału, najlepiej jak najszybciej, żeby przed wyjazdem sobie nadrobił" – taką wiadomość jedna z osób dostała w piątek około godz. 22.
Jedna z nauczycielem wspomniała jak została upomniana, że zbyt długo zwleka z wysłaniem odpowiedzi. Pierwsza wiadomość wysłana o 13.17 a o 14.07 przychodzi kolejna: "Dlaczego jeszcze nie odczytała pani poprzedniej wiadomości?". Inna nauczycielka potwierdziła, że ponaglanie na odpowiedź to bardzo częsta praktyka rodziców: "Czekam na odpowiedź" i do tego ikona klepsydry.
Internet i e-dzienniki przyzwyczaiły nas do natychmiastowego kontaktu, ale niekoniecznie do natychmiastowej odpowiedzi. Nauczyciel po lekcjach nadal ma swoje życie, a wiadomość wysłana wieczorem czy w weekend ale także w czasie lekcji nie oznacza, że ktoś przeczyta ją od razu.
Zobacz także
"Ale moja córcia..."
Druga grupa wiadomości dotyczy sytuacji, w których wersja dziecka i nauczyciela zupełnie się rozmijają.
"Proszę usunąć swoją uwagę, bo syn mówi, że nic nie zrobił" – przeczytała jedna z nauczycielek po sytuacji, w której uczeń zniszczył cudzą własność. Jak dodaje, zdarzenie widziało wiele osób.
Inni nauczyciele przytaczają podobne reakcje: "Jak niby mój syn bił się z kolegami, jak on jest grzeczny?", "A czy to tylko Antoś tak zrobił?", "Dlaczego moja córka dostała jedynkę?". Pojawiają się też wiadomości zaczynające się od znamiennego: "Ale moja córcia/synek...".
Trudno się dziwić, że pierwszym odruchem rodzica jest wiara we własne dziecko. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy rozmowa ze szkołą zaczyna przypominać spór o to, czyja wersja wydarzeń musi być prawdziwa. A czasem warto najpierw po prostu zapytać: "Co dokładnie się wydarzyło?".
"Bo moja córka ma 'dyskografię'"
Osobną kategorię stanowią wiadomości, w których rodzice próbują wyjaśnić zachowanie albo szkolne trudności dziecka diagnozą. Czasem prawdziwą, czasem będącą dopiero w trakcie stawiania, a czasem... taką, która chyba jeszcze nie znalazła się w żadnej klasyfikacji.
"Bo moja córka, proszę pani, ma 'dyskografię;" – przeczytała jedna z nauczycielek. Możemy się oczywiście domyślać, że chodziło o dysgrafię, ale przejęzyczenie jest na tyle urocze, że trudno się przy nim nie uśmiechnąć.
Jeszcze bardziej zapadła nauczycielom w pamięć inna wiadomość: "Z całym szacunkiem, ale pani uwaga jest bez sensu, gdyż syn cierpi na zapominalstwo i jest w tej sprawie diagnozowany". Autorka wspomnienia przyznała, że do dziś ją ta wiadomość bawi.
I tu pojawia się jednak całkiem poważny temat. Diagnoza dziecka jest dla szkoły ważną informacją i może oznaczać konieczność dostosowania wymagań czy sposobu pracy do jego potrzeb. Nie powinna jednak automatycznie stawać się odpowiedzią na każdą uwagę nauczyciela ani zamykać rozmowy o zachowaniu dziecka.
Bo można jednocześnie powiedzieć: "mojemu dziecku jest z tym trudniej" i zapytać: "co możemy zrobić, żeby następnym razem poradziło sobie lepiej?". Właśnie wtedy informacja o trudnościach dziecka staje się początkiem współpracy rodzica ze szkołą, a nie argumentem kończącym dyskusję.
Nauczyciel jako pogotowie od wszystkiego
Są też wiadomości, które pokazują, jak szerokiego wsparcia czasem oczekujemy od szkoły.
Jedna z nauczycielek odebrała późnym wieczorem w piątek telefon z obcego numeru. Zdenerwowany rodzic chciał wiedzieć, gdzie jest jego córka Beatka. Problem w tym, że nauczycielka nie miała pojęcia. Jak się później okazało, dziewczyna spała we własnym pokoju.
Inny rodzic tłumaczył spóźnienie ucznia: "Przepraszam, że syn się spóźnił, ale zapomniałam zadzwonić do niego i go obudzić". Chodziło o ucznia szkoły średniej, który zajęcia zaczynał o godz. 12.
Wśród wiadomości pojawiają się też prośby o usprawiedliwienie "wszystkich nieobecności", bez podania konkretnych dat. A propos choroby, wielu nauczycieli przytoczyło słynne słowa, reakcję na wiadomość o tym, że dziecko jest chore i źle się czuje. "W domu nie kaszlał".
Czasem problemem nie jest to, o co pytamy
Co ciekawe, jedna z nauczycielek zwróciła uwagę, że znacznie bardziej niż nietypowe pytania przeszkadza jej sposób, w jaki niektóre wiadomości są napisane. Brak powitania i podpisu, interpunkcji, niedbała składnia czy rozpoczynanie komunikatu od: "Niech pani..." sprawiają, że nawet zwykła prośba może zabrzmieć jak polecenie.
Do tego dochodzą wiadomości pisane pod wpływem emocji: "Jak pani nie usunie tej uwagi, to idę do dyrekcji" albo pretensje o zwrócenie dziecku uwagi na niewłaściwe zachowanie.
Oczywiście działa to w obie strony. Rodzice także mają prawo oczekiwać od nauczycieli jasnej, kulturalnej i rzeczowej komunikacji. Szkoła jest miejscem, w którym obie strony spotykają się w jednej sprawie – dziecka.
Dlatego przed naciśnięciem "wyślij" czasem warto przeczytać wiadomość jeszcze raz. Sprawdzić, czy napisaliśmy jasno, czego potrzebujemy, czy ton nie jest zbyt napastliwy i – przede wszystkim – czy sprawa rzeczywiście jest tak bardzo pilna.
Źródło: Mamy Mamom – forum dla rodziców




