
Kiedy zbliżają się urodziny dziecka, zwykle zaczynamy zastanawiać się, co mu kupić. Nową grę, klocki, wymarzony gadżet? Julia i Phil od lat nie mają tego problemu. Ich dzieci dostają prezent, którego nie da się zapakować w ozdobny papier.
Dorie ma dziś 10 lat, a jej młodszy brat Jordan 6. Ich rodzice, Julia Zaborowski-Casper i Phil Casper z Chicago, od lat mają tę samą urodzinową tradycję. Zamiast koncentrować się na prezentach, dają jubilatowi coś cenniejszego – cały dzień tylko dla niego.
Rodzina nazywa ten zwyczaj "The Gift of Time", czyli "prezentem w postaci czasu". Tego dnia rodzice odkładają inne sprawy i poświęcają uwagę jednemu dziecku. Co więcej, to jubilat decyduje, jak będzie wyglądał jego dzień.
Wszystko zaczęło się od pierwszych urodzin córki
Jak opowiedziała Julia w rozmowie z magazynem People, tradycja zaczęła się w 2016 roku, gdy Dorie kończyła rok. Phil niedługo wcześniej założył własną firmę i coraz więcej czasu pochłaniała mu praca. Julia uznała wówczas, że najlepszym prezentem, jaki może dać córce, jest po prostu jego obecność.
Pomysł został z nimi na kolejne lata, a z czasem stał się jednym z najważniejszych rodzinnych zwyczajów.
Nie bez znaczenia były także osobiste doświadczenia Julii. Kobieta straciła ojca, gdy miała zaledwie 8 lat, a mamę, kiedy miała 34 lata. Jak przyznała w rozmowie z People, te doświadczenia bardzo wcześnie uświadomiły jej, jak dużą wartość ma wspólnie spędzony czas.
Gdy urodził się Jordan, tradycja nabrała jeszcze jednego znaczenia. Julia sama jest jedynaczką i dopiero jako mama dwójki dzieci przekonała się, jak trudno czasem znaleźć przestrzeń na bycie sam na sam z każdym z nich.
Dlatego w urodziny cała uwaga należy właśnie do jubilata. Dopiero wieczorem rodzina znów spotyka się w komplecie na wspólnej kolacji.
Zobacz także
Hot dog na obiad i hot dog na kolację? Proszę bardzo
Nie chodzi przy tym o zaplanowanie spektakularnego dnia pełnego drogich atrakcji. Kiedy dzieci były mniejsze, rodzice sami wymyślali proste aktywności takie jak wyjście na naleśniki, wizytę w parku czy dzień na plaży. Z czasem zasady się zmieniły. Teraz to dzieci wybierają, co chcą robić.
Jordan podczas jednych z urodzin zażyczył sobie hot doga zarówno na obiad, jak i na kolację. Rodzice zgodzili się bez dyskusji. Chłopiec do dziś miło wspomina ten dzień.
Innym razem urodzinowe plany obejmowały zakupy, wyjście do zoo czy akwarium, a kiedy rodzina mieszkała jeszcze w Nowym Jorku, także przedstawienie na Broadwayu.
Dla dzieci ważna jest jednak nie tylko sama atrakcja. Julia zauważa, że możliwość zdecydowania o tym, jak spędzą własne urodziny, daje im poczucie sprawczości. Przez jeden dzień naprawdę mogą powiedzieć: "dzisiaj robimy to, na co ja mam ochotę".
Prezent, którego nie da się odłożyć na półkę
Oczywiście nie oznacza to, że każde dziecko zamiast wymarzonej zabawki chciałoby dostać cały dzień z mamą czy tatą. Nie musi też chodzić o rezygnowanie z materialnych prezentów. W historii tej rodziny ciekawsze jest coś innego – to, że stworzyli zwyczaj, który powtarzają konsekwentnie od pierwszych urodzin starszej córki.
Dziś Dorie przygotowuje się już do rozpoczęcia kolejnego etapu szkoły, a jej rodzice coraz mocniej zauważają, jak szybko zmienia się dzieciństwo. Pojawiają się zajęcia, sport, spotkania ze znajomymi i coraz więcej własnych planów.
Julia przyznaje, że wraz z dorastaniem dzieci potrzebują oni rodziców w inny sposób, a jednocześnie stają się coraz bardziej niezależne. Urodzinowa tradycja zostaje jednak bez zmian.
Rodzicom zależy przede wszystkim na tym, żeby ich dzieci po latach pamiętały niekoniecznie, co dokładnie robiły w swoje ósme czy dziesiąte urodziny, ale że tego dnia czuły obecność rodzica w stu procentach.
Źródło: Magazyn "People"




