
Słońce, jezioro, trzydzieści parę stopni. I scena, której nie umiem wyrzucić z głowy: młoda matka schodzi ze skutera wodnego, zawstydzona, z opuszczoną głową, bo ktoś właśnie pokazał całej plaży, że nie miała prawa na ten skuter wsiąść.
Nie jestem matką. I właśnie dlatego patrzę na takie sceny bez wyrzutów sumienia, które kazałyby mi pomyśleć "no faktycznie, może powinna była zostać". Widzę je trzeźwo. A widziałam tyle: przestańcie robić z matek niewolnice własnych dzieci. To nie służy nikomu – najmniej dziecku.
Matka nie ma prawa zejść z dyżuru, ojciec stał obok
Spędzałam ten weekend nad wodą i nie ja jedna wpadłam na ten pomysł. Razem z przyjaciółką obserwowałyśmy dzieciaki chlapiące się przy brzegu oraz rodziców i dziadków, którzy ich pilnowali. W pewnym momencie kobieta – może trzydziestoletnia – przekazała kilkuletnie dziecko starszej kobiecie, zapewne swojej mamie albo teściowej, i weszła na skuter, żeby przejechać się z instruktorem. Obok stał ojciec dziecka.
Gdy tylko odpłynęła, dziecko zaczęło płakać. Nic dziwnego – straciło mamę z oczu. I to był ten moment, w którym wystarczyłoby, żeby ojciec wziął je na ręce i powiedział, że mama zaraz wróci, że nic się nie dzieje. Ojciec jednak nie wyglądał na zainteresowanego. Pałeczkę przejęła babcia – i zaczęła panikować na głos.
Mama pojechała, mamy nie ma, no musiała sobie iść, niech ona wraca!
A potem coraz głośniej, w stronę wody:
Wracaj, dziecko ci płacze! On się nie może uspokoić! Chodź szybko, przecież widzisz, że wyje, dziecko cierpi!
Krzyczała. Oskarżycielskim tonem, z pretensją, ściągając na siebie spojrzenia całej plaży – dopóki instruktor nie zauważył machania rękami i nie podpłynął do brzegu. Młoda matka nie dokończyła przejażdżki. Zeszła ze skutera i bez słowa zabrała dziecko z rąk babci.
Łatwo byłoby zrobić z tej kobiety czarny charakter. Wredna teściowa, atencyjna babcia, gotowy bohater do znienawidzenia.
Ale to byłaby zbyt prosta historia – i nieprawdziwa. Bo ona nie wymyśliła tej presji. Ona ją tylko wykonała, na głos, przy świadkach. Sama pewnie kiedyś usłyszała dokładnie to samo: że dobra matka to matka obecna, zawsze, bez przerwy, bez prawa do zejścia. Teraz reprodukuje to na synowej, przekonana, że broni dziecka. Nie broni. Broni systemu, w którym sama kiedyś utknęła.
Oceniamy matkę, nawet gdy dziecku nie dzieje się krzywda
Bo przyjrzyjmy się, co właściwie się stało. Dziecku nie działa się żadna krzywda. Miało przy sobie dwoje dorosłych. Matka chciała przez kilka minut odpocząć od lepienia babek z piasku – i nie mogła. Pokazano jej, jasno, że nie ma prawa do chwili dla siebie.
Nikt nie powiedział wprost "jesteś złą matką”, ale cała ta scena była wystarczająco głośna, żebyśmy wszyscy na plaży załapali aluzję: "egoistka poszła się bawić, a tu dziecko cierpi".
I zamiast relaksu zostaną jej z tego dnia wyrzuty sumienia. Bo skoro ona się bawi, to dziecko płacze. Tak działa to równanie. Tylko że to równanie obowiązuje wyłącznie ją.
Bo gdzie w tym wszystkim był ojciec? Obok. Cały czas. I tu jest sedno, którego ta plażowa scena jest tylko najgłośniejszym objawem: gdyby to on wsiadł na skuter i zniknął z pola widzenia, dziecko prawdopodobnie nawet by się nie zorientowało. Nikt by za nim nie wołał z brzegu. Nikt nie wytknąłby mu, że poszedł się bawić. Jego obecność jest miłym dodatkiem. Jej – obowiązkiem pełnionym non stop, pod karą wstydu.
To nie jest opowieść o jednej krzykliwej babci nad jednym jeziorem. To codzienność, którą wykonuje też mąż, który "pomaga” zamiast po prostu być rodzicem. Teściowa przez telefon. Instagram, który każe "mamie zadbać o siebie” – oczywiście po godzinach, po wszystkich innych obowiązkach. I sama matka, wobec samej siebie, bo ten głos zdążyła już wziąć do środka.
Dlatego patrzyłam na tę kobietę schodzącą ze skutera i miałam w głowie jedno zdanie. To samo, które zostawiam wam:
Przestańcie robić z matek niewolnice własnych dzieci.
