
Lekki "babski" film o macierzyństwie z lat 90. miał poprawić mi humor, a dotknął moich najgłębszych lęków jako matki. "Mamuśka" to wzruszająca opowieść o rozwodzie, chorobie i o tym, czy mama naprawdę jest niezastąpiona. Ten seans pokazał mi, jak kruche bywa poczucie kontroli w rodzicielstwie.
Lekki "babski" film o macierzyństwie z lat 90.
Jestem fanką filmów lat 90. i początku 2000. Wydaje mi się, że wiele z zagranicznych produkcji tego czasu jest może naiwnych, ale po ich obejrzeniu człowiek zawsze się czuje dobrze i jakoś tak pozytywnie. Mam tak z np. "Masz wiadomość" czy "Stowarzyszeniem umarłych poetów".
Ostatnio sięgnęłam też po inny tego typu "babski" film, który miał być lekki. Przez połowę wyłam, bo dotknął moich matczynych lęków. Włączyłam "Mamuśkę" (z 1998 roku z Julią Roberts i Susan Sarandon w głównych rolach) w jeden z tych zimowych wieczorów, kiedy człowiek marzy o kocu, herbacie i czymś, co go podniesie na duchu. Miał być lekki, wzruszający obraz o relacjach. I był, ale też – ku mojemu zaskoczeniu – okazał się lustrem, w którym zobaczyłam własne rodzicielskie lęki.
Jestem mamą dwóch chłopców i na co dzień staram się być bardzo świadoma w rodzicielstwie. Czytam, rozmawiam, analizuję swoje reakcje. Duzo pomaga mi moja praca, bo nie każdy rodzic ma możliwość rozmowy z tyloma ekspertami od rodzicielstwa, co dziennikarka parentingowa.
Wiem, że rola matki codziennie mnie czegoś uczy: cierpliwości, pokory, ale też pokazuje moje braki. Szczególnie te emocjonalne, które – mam wrażenie – nosi całe nasze pokolenie wychowane w latach 80. i 90. Pokolenie, które słyszało: "radź sobie", "nie przesadzaj", "nie maż się", i które dopiero jako dorośli ludzie zaczyna rozumieć i dbać o swoje potrzeby.
Matka mierzy się z niepewnością
Film opowiada historię nieidealnej rodziny. Rodzice są po rozwodzie, a ojciec układa sobie życie z nową, młodszą partnerką. Dla dzieci bywa ona czasem fajniejsza niż mama – mniej zmęczona, bardziej wyluzowana, gotowa na zabawę. A mama? Mama jest tą od organizowania życia.
Od kalendarzy, szczepień, ubrań na zmianę, pamiętania o wszystkim i nagle ta matka dostaje diagnozę nowotworu, którego już nie da się wyleczyć. Nagle musi poradzić sobie z tym, że nie jest niezastąpiona i kiedy jej zabraknie, ktoś będzie musiał te wszystkie obowiązki przejąć. I właśnie to było dla mnie najbardziej triggerujące.
Wydaje mi się, że wiele matek ma w sobie lęk, że mogłoby zachorować. Że mogłoby ich zabraknąć. Mnie przebiegła przez głowę myśl, że moi synowie zostaliby beze mnie – tej, która zna ich strach przed ciemnością, która wie, że jeden nie znosi grudek w jogurcie, a drugi potrzebuje pięciu minut więcej przy zasypianiu.
Wiemy, jako matki ogarniające wszystko dookoła, że nasi partnerzy jakoś by sobie poradzili, bo by musieli. Może nawet lepiej w niektórych sprawach. A jednak w teraźniejszości to my od lat spinamy to wszystko w całość.
W "Mamuśce" choroba wchodzi w sam środek rodzinnej układanki. Pokazuje kruchość i to, że wcale nie mamy kontroli. Że możemy bardzo się starać, planować, organizować – a życie i tak napisze swój scenariusz.
To piękny, wzruszający film. Dużo w nim jesiennych kardów – pokazujących tej porę roku jako ciepłą, miękką, pełną światła, więc byłbny idealny na jesienne wieczory pod kocem. Kończy się natomiast w okolicach śnieżnego Bożego Narodzenia, więc na teraz też jest super.
Wydawało mi się, że będzie dobry na przesilenie zimowe, kiedy jesteśmy zmęczone i przeciążone. Bo mimo tego, że w domyśle bohaterka umiera, to jej cała rodzina uczy się tego, jak ogromną rolę mama grała w ich codzienności.
Zobacz także
Świadome mamy powinny go obejrzeć
Po obejrzeniu go myślałam o tym, że pokazał mi, że nie tylko mi jest ciężko w macierzyństwie. Ten film trochę mnie podniósł na duchu, ale najpierw mnie rozebrał emocjonalnie do kości.
Zobaczyłam w sobie nieprzepracowane obszary. Po tym filmie pomyślałam też, że macierzyństwo mnie uwrażliwiło. Sprawiło, że już nie uciekam od takich emocji. Kiedyś pewnie wyłączyłabym film w połowie albo w ogóle nie zrozumiała emocji bohaterki, która jest matką. Dziś pozwoliłam sobie płakać, bo wiem, że świadomość to też zgoda na to, że mamy w sobie lęki. I że one nie czynią nas słabszymi matkami. Wręcz przeciwnie.
"Mamuśka" przypomniała mi, że relacje w rodzinie mogą być trudne, nieidealne, pełne zazdrości i bólu – a jednocześnie pełne miłości. Że dzieci mają prawo kochać więcej niż jedną dorosłą kobietę. A my – mamy – mamy prawo się bać.
Jeśli więc szukacie filmu na zimowy wieczór, który otuli was złotą jesienią z pięknymi kadrami i doprowadzi do łez wzruszenia – polecam. Tylko uprzedzam: to nie jest lekka komedia. To opowieść, która może dotknąć bardzo czułych strun.
Zwłaszcza jeśli wieczorem, po seansie, idziecie poprawić kołdrę swoim sześciolatkom i ośmiolatkom – i przez chwilę stoicie w drzwiach ich pokoju, wdzięczne, że dziś po prostu jesteście.
