
Parentingowy Instagram był moim plasterkiem na samotność w ciąży i po porodzie. Dziś wiem, że scrollowanie kont innych matek przyniosło mi więcej frustracji niż wsparcia. Opowiadam, dlaczego po 2 latach macierzyństwa przestałam je obserwować i co to zmieniło w moim życiu.
Parentingowy Instagram był moim plasterkiem na samotność
Moje dzieci mają dziś 6 i 8 lat. I dopiero niedawno zrozumiałam, jak ogromną ulgę przyniosła mi jedna decyzja: przestałam obserwować w mediach społecznościowych inne matki. Na początku było zupełnie inaczej.
W pierwszej ciąży (a potem w drugiej również) i w pierwszych miesiącach po porodzie byłam jedyną mamą w moim najbliższym otoczeniu. Moje koleżanki jeszcze studiowały, podróżowały, zmieniały pracę, chodziły na spontaniczne kolacje. Ja siedziałam w półmroku pokoju, karmiąc niemowlę, które spało wyłącznie na mnie. Łóżeczko było dekoracją w przypadku obu moich synów.
Ratunkiem okazał się Instagram. Kiedy nocą bujałam dziecko na klatce piersiowej, zaczęłam przeglądać media społecznościowe. Algorytm szybko podłapał, kim jestem. Zaczął podsuwać mi kobiety w identycznym momencie życia: ciężarne, mamy noworodków, dziewczyny, które mogłyby być moimi koleżankami z placu zabaw.
Scrollowałam rolki o kolkach, skokach rozwojowych i karmieniu co 40 minut. Poczułam ulgę, że ktoś mnie rozumie i nie jestem w tym sama. Przez jakiś czas to naprawdę pomagało.
Miałam jedną przyjaciółkę z dzieckiem w podobnym wieku i nasza relacja bardzo się pogłębiła od czasu wspólnych matczynych doświadczeń, ale przez większość dnia byłam sama z dziećmi, kiedy partner pracował na etacie. Więc patrzyłam, jak radzą sobie inne matki. Uczyłam się od nich, ale i porównywałam. I właśnie to ostatnie okazało się pułapką.
Zobacz także
Złapałam się na frustracji z powodu porównań
Z każdym kolejnym miesiącem rodzicielstwa czułam, że coś się zmienia. Już nie tylko oglądałam – złapałam się na tym, że zaczęłam oceniać siebie i swoje dzieci. Najpierw niewinnie, bo ich dzieci:
Potem doszły kolejne etapy rozwojowe, wystrój wnętrza, wypasione wakacje itp. W końcu zauważyłam, że jestem tym przebodźcowana i zmęczona, ale przede wszystkim sfrustrowana.
Bo choć dobrze wiedziałam, że internet pokazuje wycinek życia, to emocje i tak robiły swoje. Mój dom nie wyglądał jak te kadry. Moje dzieci nie zawsze rozwijały się podręcznikowo. Ja nie miałam tyle cierpliwości. A najgorsze było to, że przestałam ufać sobie.
Po dwóch latach macierzyństwa dotarło do mnie coś bardzo prostego. Bycie mamą nie jest moją jedyną rolą. Mam pracę, zainteresowania, jestem osobną jednostką. Myślę nie tylko o rozszerzaniu diety i wyborze bucików na nowy sezon. I w pewnym momencie zauważyłam, że połowę czasu spędzanego z telefonem poświęcam na obserwowanie ludzi, którzy nie znają mnie ani mojego dziecka.
Bez żalu odobserwowałam większość parentingowych kont i poczułam natychmiastową ulgę.
Przestałam porównywać tempo rozwoju dzieci. Przestałam się zastanawiać, czy powinnam kupić kolejną grę edukacyjną. Zniknęły wyrzuty sumienia, że coś robię "nie tak". Zamiast tego zaczęłam ufać intuicji. I specjalistom – pediatrze, psychologowi – a nie twórcom cyfrowym. Paradoksalnie to wtedy stałam się spokojniejszą mamą.
Bo kiedy przestajesz przykładać macierzyństwo do linijki z internetu, zaczynasz widzieć swoje dziecko takim, jakie jest naprawdę – a nie takim, jakie powinno być według reelsów matek z Instagrama. Dlatego jeśli coś miałabym doradzić młodszej sobie, powiedziałabym:
Odpuść sobie. Nie musisz podglądać innych matek, żeby sama być dobrą matką. Czasem najlepsze, co możesz zrobić dla swojej głowy – i dla dziecka – to zamknąć aplikację i wrócić do własnego życia.
