Jedna z najstarszych szkolnych zasad jest niezgodna z prawem. Chodzi o oceny z poprawy

Jak powinny być liczone oceny z poprawy ze sprawdzianu?
Jak powinny być liczone oceny z poprawy ze sprawdzianu? fot. Daniel Adamski / AG
Chyba większość z nas pamięta ze szkoły jak to było z poprawą sprawdzianu: dostajesz dwóję, chcesz się poprawić i nawet jeśli napiszesz poprawę na piątkę, nikt ci tej pierwszej wpadki nie wybaczy. Ocena za daną partię materiału to średnia z dwóch ocen: oceny właściwej i oceny z poprawy. Tej samej niesprawiedliwości doświadczają uczniowie do dziś. Tymczasem zdaniem ekspertów to... niezgodne z prawem!


Statut a ustawa
Na facebookowym profilu fundacji EDU-klaster jej założyciele prowadzą cykl postów pt. "Mitologia szkolna". W jednym z wpisów pojawił się właśnie wątek ocen z poprawy.

"Mit 1: Po napisaniu poprawy do 'średniej' wliczają się obie oceny (ze sprawdzianu i poprawy)

Fakt 1: Zgodnie z ustawą o systemie oświaty oceniane mogą być jedynie osiągnięcia ucznia. Jeżeli uczeń w czasie poprawy zdobył 'piątkę' to znaczy, że takie jest jego osiągnięcie dotyczące danego zagadnienia. Z punktu widzenia ustawy nie ma znaczenia to kiedy taką kompetencją się wykazał. Jeżeli w Szkolnych systemach oceniania znajdują się inne zapisy, oznacza to, że te systemy nie są zgodne z ustawą. Ustawa jest nadrzędnym dokumentem" - czytamy w poście.Podstawą prawną do obalenia mitu jest art. 44b ustawy o systemie oświaty punkt 1: "Ocenianiu podlegają: 1) osiągnięcia edukacyjne ucznia". Jak wiadomo, szczegółowy system oceniania w każdej szkole określa jej statut. Dokument ten powinien być zgodny z zapisami ustawy o systemie oświaty. Jeśli jest inaczej, rodzice i uczniowie mają prawo sprzeciwić się zapisom w statucie.


"Osiągnięcia edukacyjne ucznia", które podlegają ocenie to (na logikę) ocena, która odzwierciedla jak uczeń opanował daną część materiału. Czyli powinna liczyć się tylko ocena z poprawy. Uczniowie nie powinni mieć też tylko jednej szansy na poprawkę i mają prawo poprawić każdą ocenę, nie tylko niedostateczną.


Niewybaczalna jedynka
Temat ocen z poprawy bardzo poruszył rodziców. Wielu pisze, że ta jawna niesprawiedliwość, którą pamiętamy ze szkół sprzed wielu dekad, dotyka ich dzieci do dziś i nikt nie miał świadomości, że to niezgodne z prawem.

Ponadto, tak na logikę, jakie ma znaczenie czy uczeń opanował daną część materiału w marcu, czy w czerwcu? Jeśli udało mu się przed zakończeniem roku uporządkować wiedzę na piątkę, to dlaczego piątka mu się nie należy?

Tym bardziej kontrowersyjne i krzywdzące okazują się sytuacje, w których dziecko łapie niskie oceny z klasówek po nieobecności w szkole z powodu choroby. Zaległości po chorobie to naturalna kolej rzeczy. W normalnym (czyt. sprawiedliwym) świecie, człowiek powinien dostać czas na dojście do siebie i ich nadrobienie. Nie w polskiej szkole.


Termin klasówki jest święty – jesteś w szkole? Piszesz sprawdzian. Nawet jeśli jeszcze dwa dni temu przez chorobę byłeś wyłączony z normalnego funkcjonowania. W takich okolicznościach nietrudno złapać dwóję. No ale nic. Mijają tygodnie, dziecko opanowuje materiał i przystępuje do poprawy. Do dziennika wpadają piątki.

Przychodzi moment wystawiania oceny semestralnej lub rocznej. Nauczyciel zbiera do kupy wszystkie oceny. Z danej części materiału, którą dziecko opanowało na 5 po poprawie, wychodzi mu ocena 3 z plusem. Szanse na czwórkę "na koniec" są coraz mniejsze...

Kijek i marchewka
Nauczyciele na forach tłumaczą to w ten sposób: ocena końcowa to wynik nie tylko ostatecznych umiejętności ucznia, ale również systematyczności w nauce. Zgoda, jednak wszyscy wiemy, że ostatecznie oceny to tylko numerki na świadectwie, które uśrednione dają liczbę punktów do paska, nagrody lub innego konkursu świadectw.

Z kolei dla uczniów oceny są kijem lub marchewką (bo motywacja to za mocne słowo) – dlaczego więc nawet jeśli uczeń zapracuje na marchewkę, dostaje kijek? Czyżby to kolejna przesłanka zdradzająca mentalność "czerwonego długopisu"...?

A gdyby tak w szkołach zastosować metodę akademicką? Studenci zazwyczaj dostają kilka szans już na wejściu – egzamin ma termin zerowy, termin właściwy, potem poprawkowy. Po pierwsze to student wybiera moment, w którym jest gotowy zdawać (zbawienie dla uczniów chorujących).

Po drugie, nie przypominam sobie, by ocena z pierwszego podejścia miała jakieś znaczenie. Pamiętam za to, że gdy szło bardzo kiepsko, niektórzy wykładowcy nie wpisywali nic i polecali, by na egzamin zgłosić się, gdy "będzie o czym rozmawiać".

Czy to zdemoralizowałoby uczniów? Rozłożyłoby system na łopatki? Zdezorganizowało misternie układany plan lekcji? Nie wiem, ale wyobrażam sobie, że przy takim podejściu dzieciaki przynajmniej miałyby poczucie, że szkoła jest dla nich szansą, nie karą.