budynek szkolny
Czasami przyczyną ataków nastolatków jest to, że wszyscy lekceważyli ich problemy. fot. WrS.tm.pl/Unsplash, Instagram @pediatranazdrowie

Czasem dziecko cierpi tuż obok nas, a my widzimy tylko to, co pokazuje na zewnątrz. Po ostatnich atakach w szkołach wracają pytania o to, kto zawiódł i dlaczego nikt nie zauważył niepokojących sygnałów. Poruszające nagranie pediatry Moniki Działowskiej przypomina, że problemy nastolatków mogą narastać po cichu, a odpowiedzialności za ich dostrzeganie nie wolno zrzucać wyłącznie na szkołę.

REKLAMA

Problemów nastolatków czasem nie widzimy

Po serii zatrzymań nastolatków, którzy mieli przy sobie niebezpieczne przedmioty, m.in. noże i petardy, a także po dwóch wstrząsających atakach nożowników w szkołach na Mazowszu polscy rodzice coraz bardziej boją się o bezpieczeństwo swoich dzieci. Zadają sobie pytania, skąd biorą się agresja i motywacje młodych ludzi, którzy z pozoru wydają się zwyczajnymi nastolatkami.

Gdy dochodzi do tragedii, niemal zawsze powracają te same pytania: gdzie byli rodzice, dlaczego nikt nie zauważył problemów dziecka i czemu nikt nie zareagował na wcześniejsze sygnały?

Prawda jest taka, że żyjemy w intensywnych czasach, w których wszyscy się spieszą i coraz trudniej znaleźć przestrzeń na uważność wobec innych. Bywa, że jesteśmy tak pochłonięci własnymi sprawami i troskami, że nie dostrzegamy nawet tego, co dzieje się tuż obok nas. Czasami problemów jest tak wiele, że niektóre z nich, dopóki nie staną się wyraźne i nie zaczną głośno domagać się uwagi, naprawdę mogą umknąć dorosłym.

Właśnie o tym przypomina film, który po ostatnich niepokojących wydarzeniach w Polsce opublikowała w swoich mediach społecznościowych pediatra Monika Działowska. Na krótkim nagraniu oglądamy kilka scen z życia nastolatków. Uczeń nawiązuje w szkole relację z koleżanką, z którą zaczyna wymieniać pisemne wiadomości przy stoliku w szkolnej bibliotece lub czytelni.

Rozmawiają o codzienności, nudzie związanej ze szkołą i nauką, a także o tym, że mogliby spędzić razem więcej czasu. Wszystko przypomina scenę z filmu młodzieżowego, w którym między dwojgiem bohaterów powoli rodzi się uczucie.

Pod koniec nagrania dochodzi jednak do wstrząsającego zwrotu akcji. Do szkoły wkracza ich rówieśnik z bronią, planując atak na kolegów i nauczycieli. Dopiero wtedy pojawia się komunikat wyjaśniający, że film pokazuje, dlaczego sprawca zdecydował się na taki krok. Widzowie zostają poproszeni o ponowne obejrzenie nagrania, tym razem z uwagą skierowaną nie na głównych bohaterów, lecz na ich otoczenie.

Zwykle są sygnały, których nie widzimy

W tle widać bowiem ucznia, który później decyduje się na atak. Wcześniej jest samotny na szkolnym korytarzu i doświadcza dręczenia ze strony rówieśników. Na jego profilach w mediach społecznościowych pojawiają się również niepokojące treści dotyczące broni. To sygnały, które łatwo przeoczyć, gdy patrzy się na sytuację jedynie powierzchownie. W filmowej historii nikt nie reaguje na to, co powinno wzbudzić niepokój: ani rówieśnicy, ani rodzice, ani nauczyciele.

Kiedy oglądamy nagranie po raz drugi, dostrzegamy te szczegóły niemal czarno na białym. Zastanawiające jest to, jak wiele sygnałów potrafi umknąć naszej uwadze. Czasami je ignorujemy, innym razem zwyczajnie nie mamy przestrzeni, by przyjrzeć się temu, co dzieje się wokół nas. Film uświadamia, że za pozornie zwyczajnymi sytuacjami mogą kryć się problemy, których nie dostrzegamy, dopóki nie wydarzy się coś dramatycznego.

W komentarzach pod nagraniem pediatry pojawiają się głosy obwiniające szkołę i nauczycieli. "Nauczyciele zacznijcie widzieć a nie tylko patrzeć, zacznijcie zwracać uwagę na swoich uczniów. Przykro mi to pisać, ale często nie chcecie widzieć. A problemy narastają" – napisała jedna z komentujących.

To stanowisko, choć wynika zapewne z niepokoju o dzieci, jest krzywdzące, ponieważ całą odpowiedzialność za dostrzeganie problemów młodych ludzi przenosi na pedagogów. Tymczasem wychowanie i troska o dziecko nie są zadaniami, które można zrzucić na szkołę. To przede wszystkim rodzice powinni interesować się tym, co przeżywają ich dzieci, z kim spędzają czas, jak radzą sobie w relacjach i co dzieje się w ich świecie również poza domem.

Nie oznacza to oczywiście, że szkoła nie ma w tym procesie istotnej roli. Dzieci spędzają w niej wiele godzin, a nauczyciele mogą dostrzec zachowania, o których rodzice nie mają pojęcia. Mogą zauważyć izolowanie ucznia, przemoc rówieśniczą czy nagłą zmianę jego zachowania. Szkoła powinna reagować na takie sytuacje, ale nie może samodzielnie udźwignąć całego ciężaru wychowania i odpowiedzialności za bezpieczeństwo młodych ludzi.

Inna komentująca, która sama pracuje jako nauczycielka, zwraca uwagę na ograniczenia, z jakimi mierzą się pedagodzy. "Ja też jestem nauczycielką. I wszyscy jesteśmy w szoku i boimy się o to, w którym kierunku zmierzają młodzi ludzie. Uwierzcie mi na słowo, nie da się wszystkich upilnować. Nie da się widzieć każdego ucznia z osobna mając na plecach nałożoną realizację ogromu materiału z planu dydaktycznego papierologii która nikomu realnie nie służy i tysiąca innych obowiązków. Bez współpracy z rodzicami szkoła tego nie dźwignie" – pisze.

Pretensje możemy mieć do siebie jako społeczeństwa

Trudno nie zgodzić się z tym, że nauczyciele, obciążeni zawodowymi zobowiązaniami i dokumentacją nie są w stanie przez cały czas kontrolować każdego ucznia. Oczekiwanie, że pedagog zauważy każdy problem, przewidzi każde niebezpieczne zachowanie i zapobiegnie każdej tragedii, jest nierealne. Jednocześnie nie może to być usprawiedliwieniem dla ignorowania niepokojących sygnałów, jeśli już zostaną dostrzeżone.

Nie możemy oczekiwać, że za każdym razem ktoś inny zauważy problem naszego dziecka. Rodzice, nauczyciele i rówieśnicy mogą dostrzegać różne fragmenty jego życia, dlatego tak ważne jest, by ze sobą rozmawiali i nie lekceważyli sygnałów, które budzą niepokój.

Warto interesować się nie tylko ocenami, frekwencją i tym, czy dziecko odrobiło lekcje, lecz także jego relacjami, samotnością, emocjami i tym, co publikuje w internecie. Nie każdy wycofany nastolatek stanie się agresorem i nie każda niepokojąca publikacja oznacza, że ktoś planuje przemoc. Nie wolno jednak udawać, że problemu nie ma, gdy pojawiają się konkretne sygnały zagrożenia.

Nie chodzi o to, by żyć w ciągłym strachu i podejrzliwości, ale by odzyskać uważność na drugiego człowieka. Bo bezpieczeństwo dzieci nie jest wyłącznie zadaniem szkoły ani rodziców. Wymaga współpracy dorosłych, którzy zamiast przerzucać się odpowiedzialnością, będą gotowi reagować, zanim będzie za późno.