
Mówimy dzieciom, że mają się ruszać, a potem przez pół roku zabieramy im WF. Brzmi absurdalnie, ale właśnie tak wygląda szkolna rzeczywistość mojego syna, gdzie remont dwóch obiektów sportowych sprawił, że lekcje wychowania fizycznego zeszły na dalszy plan. W takiej sytuacji trudno mi nie myśleć o tym, jak bardzo rozmijamy się czasem z tym, co zaleca MEN i eksperci, a co zastajemy w szkolnych realiach.
MEN chce zachęcać uczniów do aktywności fizycznej
Dzieci uciekają z WF-u, rodzice załatwiają im zwolnienia, a my coraz częściej wyręczamy je nawet w tym, co spokojnie mogłyby zrobić same, np. np. wiązanie butów 8-latkowi. Jednocześnie słyszymy, że ruch jest dla dzieci niezwykle ważny, a szkoła ma nauczyć je nie tylko grać w piłkę, ale przede wszystkim dbać o swoje ciało i wyrobić nawyk aktywności na całe życie. Tylko jak mamy to zrobić, skoro czasem między założeniami Ministerstwa Edukacji Narodowej i apelami ekspertów a szkolną rzeczywistością jest ogromna przepaść?
Mam z WF-em problem, choć właściwie nie z samym WF-em. Mam problem z tym, jak często traktujemy ruch jako coś, co można odsunąć na bok, kiedy pojawiają się ważniejsze sprawy albo dochodzi do jakichś dziwnych okoliczności, że łatwo wtedy powiedzieć, że to jednaki ten WF nie jest taki ważny jak inne przedmioty w szkole.
Z jednej strony mamy dzieci, które kombinują, jak nie ćwiczyć. Z drugiej – rodziców, którzy z pełnym przekonaniem pomagają im w tym kombinowaniu. Zwolnienie, bo dziecko nie ma ochoty się męczyć. Zwolnienie, bo "dziś ma gorszy dzień". Zwolnienie, bo przecież i tak nie lubi WF-u. Do tego dochodzi wyręczanie dzieci w domu: rodzic spakuje, przygotuje, posprząta, poda, przyniesie, załatwi. Potem dziwimy się, że dziecko nie ma kondycji, samodzielności i nie bardzo wie, po co właściwie ma się ruszać.
A przecież nie chodzi o to, żeby każde dziecko zostało sportowcem tylko o to, żeby w wieku 30 lat nie narzekało, że bolą je plecy, choć powinno być w pełni sił witalnych.
Nowa podstawa programowa WF-u, obowiązująca w tym zakresie od 2025 roku, mocniej akcentuje rozwijanie podstawowych umiejętności ruchowych, motywację do aktywności i budowanie nawyku aktywności fizycznej na całe życie. W nowych założeniach pojawia się też tzw. alfabet ruchowy: kompetencje fizyczne, motywacja i pewność siebie, wiedza o aktywności i zdrowiu oraz regularne uczestnictwo w zajęciach sportowych.
I jestem zdania, że takie wytyczne są bardzo dobre. Jako matka dwóch chłopców chcę, żeby moje dzieci wiedziały, że ruch nie jest karą. Że można się spocić i nadal dobrze się bawić. Że nie trzeba być najlepszym na boisku, żeby pobiegać za piłką. Że można nie lubić jednej dyscypliny, ale znaleźć inną, która sprawia przyjemność. I że aktywność fizyczna to inwestycja w zdrowie na całe lata.
Ale szkoły do tej aktywnością nie zawsze mają warunki
Dlatego trochę mnie bawi, a trochę wkurza, kiedy jednocześnie robimy wszystko, żeby ten WF z życia dzieci wyciąć.
W szkole mojego syna sytuacja jest dość kuriozalna. Przez cały semestr dzieci nie mają normalnego WF-u na sali gimnastycznej, bo trwa tam remont, który miał się odbyć w wakacje. Problem w tym, że równocześnie remontowana jest także znajdująca się obok hala sportowa, należąca do miasta. Czyli nawet gdyby można było przenieść tam zajęcia, nie ma takiej możliwości. Remonty dwóch obiektów sportowych zostały zaplanowane na ten sam czas.
I tak oto mamy dzieci, którym mówimy, że powinny się ruszać, a jednocześnie przez miesiące nie mają dostępu do podstawowej szkolnej infrastruktury.
Oczywiście, wychowawczyni, kiedy pogoda dopisuje, wychodzi z klasą na zewnątrz. Jest boisko, kort tenisowy, plac zabaw i kawałek trawnika. I dobrze, że chociaż tak te zajęcia sportowe sobie rekompensują. Tylko zaczynam się zastanawiać, jak będzie późną jesienią, kiedy zrobi się zimno, mokro i ciemno. Czy wtedy też będzie można wyjść? Czy przy minusowej temperaturze? Albo podczas deszczu?
Mam przeczucie, że wtedy łatwiej będzie powiedzieć, że uczniowie nie mają odpowiednich strojów i nauczyciele zorganizują im dodatkową informatykę. I właśnie tutaj zaczyna się problem.
Bo można mieć najlepszą podstawę programową, najlepiej rozpisane wytyczne i najrozsądniejsze zalecenia. Można mówić o samodzielności, zdrowiu psychicznym, aktywności fizycznej i budowaniu dobrych nawyków. Tylko szkoła musi jeszcze mieć warunki, żeby to wszystko rzeczywiście robić.
To nie zawsze jest wina nauczyciela czy dyrekcji szkoły. Czasem nauczyciel może chcieć wyjść z dziećmi na zewnątrz, ale pada. Czasem dyrektor placówki może mieć pomysł, ale nie ma pieniędzy. A czasem samorząd musi zdecydować, na co przeznaczyć ograniczony budżet.
Tyle że z perspektywy rodzica efekt jest bardzo konkretny: dziecko nie ma WF-u i najchętniej oskarżyłabym władze miasta, że źle zarządzają budżetem, ale to pewnie też nie do końca ich wina. I trochę trudno mi się z tym pogodzić.
Zobacz także
Co z tego, że zachęcamy do sportu?
Zwłaszcza że coraz częściej słyszymy, jak słaba jest sprawność fizyczna dzieci. Sebastian Marcinkiewicz, komentując dane programu "WF z AWF", zwracał uwagę, że aż 86 proc. dzieci z klas I-III ma mieć problem z wykonaniem rzutu i chwytu piłki tenisowej odbitej od ściany. Przywołuje to jako przykład szerszego problemu z podstawowymi umiejętnościami ruchowymi.
Przecież naprawdę nie chodzi o to, żeby ośmiolatek był małym Lewandowskim. Chodzi o to, żeby umiał złapać piłkę. Żeby potrafił biegać, skakać, rzucać, wspinać się, utrzymać równowagę. Żeby nie bał się ruchu. Żeby wiedział, że jego ciało potrzebuje aktywności. I żeby miał okazję tego wszystkiego się nauczyć.
Dlatego tak bardzo drażni mnie sytuacja, w której WF traktujemy jako lekcję drugiej kategorii. Tak samo jak drażni mnie rodzic, który załatwia dziecku kolejne zwolnienie tylko dlatego, że dziecku nie chce się ćwiczyć. A potem ten sam rodzic mówi, że dziecko za mało się rusza i zapisuje je po lekcjach na dodatkowe zajęcia. Hipokryzja wg mnie.
Oczywiście jestem świadoma własnego przywileju. Też po szkole mogę zabrać dzieci na zajęcia sportowe. Mogę za nie zapłacić, zawieźć, odebrać i znaleźć czas. Moi synowie mają więc szansę nadrobić choć część tego, czego zabraknie w szkole. Ale przecież nie każde dziecko ma taką możliwość.
Dlatego WF w szkole jest tak ważny. Bo jest jednym z niewielu miejsc, gdzie aktywność fizyczna powinna być dostępna dla wszystkich, niezależnie od tego, czy rodzic może zapłacić za piłkę nożną, tenis, basen czy sztuki walki.
Możemy więc mówić dzieciom, że ruch jest potrzebny dla zdrowia fizycznego i psychicznego. Możemy tworzyć nowe podstawy programowe i zachęcać szkoły do pokazywania uczniom różnych form aktywności. Możemy tłumaczyć, że chodzi o ruch na całe życie, a nie o wyłonienie mistrza szkoły.
Tylko potem trzeba jeszcze dać szkołom przestrzeń, czas, ludzi i pieniądze, żeby mogły to zrobić. Bo dziecko, które przez kilka miesięcy zamiast WF-u siedzi w ławce, nie nauczy się nagle kochać aktywności fizycznej dlatego, że ktoś wpisał ją do podstawy programowej.






