
Jesteśmy pokoleniem rodziców, które we wszystkim wyręcza dzieci. Także w sprawach, które spokojnie mogłyby załatwić same. Wystarczy wiadomość w e-dzienniku albo telefon od nauczyciela, byśmy chcieli oszczędzić dziecku stresu i nieprzyjemnych konsekwencji, atakując przy tym pedagoga. Tyle że w ten sposób odbieramy dzieciom szansę na nauczenie się odpowiedzialności, a nauczyciela stawiamy w roli agresora...
Rodzice kontra nauczyciele
Są zdania, które czasami wypowiadamy w emocjach, a potem trudno je cofnąć. Zwłaszcza gdy dotyczą naszego dziecka, jego ocen, zachowania albo tego, jak potraktował je nauczyciel. Wiadomo, że dla naszego dziecka chcemy wszystkiego co najlepsze, ale wielu rodziców przesadza w chronieniu go przed nieprzyjemnościami i konsekwencjami różnych działań.
Sama nie jestem tu bez winy. Bywało, że czasami w rozmowie z nauczycielami moich synów zdarzało mi się spojrzeć na sprawę przede wszystkim oczami mamy. Chciałam za wszelką cenę bronić dziecka, chronić je i postawić na tym, że nic nie jest jego winą. Ale zwykle po chwili przypominałam sobie, że po drugiej stronie też jest człowiek, który chce wykonywać swoją pracę najlepiej, jak potrafi.
I chyba właśnie tego czasami nam, rodzicom, brakuje. Zatrzymania się na chwilę i zrozumienia, że nauczyciel zwykle nie chcą dla naszych dzieci źle. Oni chcą je nauczyć i przygotować do dorosłości, i życia społecznego. Oto 3 zwroty, których raczej nie mówcie nauczycielom na zebraniach i spotkaniach indywidualnych.
"Ja sobie z nim porozmawiam"
Brzmi niewinnie, prawda? Tyle że czasami kryje się za tym komunikat: "Niech pani się nie martwi, ja to załatwię". Tylko czy rzeczywiście zawsze powinniśmy ingerować w szkolne sprawy naszych dzieci?
W ostatnich latach rodzice dostali narzędzia, które miały ułatwić kontakt ze szkołą. E-dziennik jest jednym z nich. Możemy sprawdzić oceny, nieobecności, uwagi, wiadomości od nauczyciela, terminy sprawdzianów. I oczywiście dobrze, że mamy dostęp do informacji. Problem zaczyna się wtedy, kiedy zaczynamy być osobistym centrum dowodzenia naszego dziecka i zabieramy mu wszelką samodzielność i odpowiedzialność.
Dziecko zapomniało stroju na WF? Dzwonimy do szkoły i usprawiedliwiamy nieprzygotowanie. Nie wie, co było zadane? Sprawdzamy e-dziennik. Nie zapisało terminu kartkówki? Pytamy nauczyciela. Dostało uwagę? Natychmiast chcemy wyjaśnić, dlaczego. Nie zdążyło przygotować projektu? Piszemy wiadomość z prośbą o dodatkowy termin.
A potem dziwimy się, że dziecko nie potrafi ponosić konsekwencji własnych decyzji. Sama łapię się czasami na tym, że najchętniej wkroczyłabym do akcji. Przecież szybciej jest coś załatwić niż patrzeć, jak dziecko samo mierzy się z problemem. Tylko że właśnie w ten sposób odbieramy mu okazję do nauczenia się odpowiedzialności.
"Przecież to pani powinna dopilnować" albo "To przecież pani jest nauczycielem"
Nauczyciel ma uczyć, wspierać, tłumaczyć, reagować na problemy, organizować pracę klasy i dbać o bezpieczeństwo uczniów. Ale nie jest rodzicem 25 uczniów w klasie. A czasami mam wrażenie, że oczekujemy od szkoły rzeczy niemożliwych.
Chcemy, żeby nauczyciel nauczył dziecko matematyki, ortografii, samodzielności, kultury osobistej, radzenia sobie z emocjami, odpowiedzialności, empatii, a przy okazji jeszcze dopilnował, żeby miało strój na WF, podpisany zeszyt i odrobione zadanie.
Tymczasem wychowanie dziecka nie może zostać całkowicie przekazane szkole, choć wielu współczesnych rodziców ma tendencję do zrzucania na szkołę różnych obowiązków związanych z wychowanie. Wiecie dlaczego? Bo mamy takie czasy, że są w rodzicielstwie sami i nie maja pomocy, rodziny czy stworzonej "wioski", w której mogą liczyć na pomoc w opiece i wychowaniu. Jeśli więc jej nie mają, czasami intuicyjnie zrzucają część zobowiązań na tych, którzy z nimi współpracują w ramach szkoły czy przedszkola.
Pedagodzy w placówkach mogą nas w tym wspierać. Mogą pokazywać dzieciom zasady, uczyć współpracy, rozwiązywania konfliktów i funkcjonowania w grupie. Ale nie powinni być tymi, z którymi rodzic zostawia dziecko z komunikatem: "Teraz wy się nim zajmijcie, a ja odbiorę go, jak już mu szereg zasad wpoicie". Bo później wszyscy ponosimy konsekwencje takiego podejścia.
"Za co wy w ogóle bierzecie pieniądze?"
To zdanie boli chyba najbardziej, bo sprowadza całą pracę nauczyciela do prostego rachunku: jestem rodzicem, szkoła jest usługodawcą, więc wymagam. Oczywiście nauczyciele nie są poza krytyką. Są świetni pedagodzy i są tacy, którzy popełniają błędy, są przemęczeni, wypaleni i mają dość, bo warunki pracy w polskich szkołach pozostawiają wiele do życzenia.
Ale są też nauczyciele, którzy potrafią stworzyć dziecku bezpieczną przestrzeń do nauki, i tacy, z którymi współpraca jest naprawdę trudna. Jeśli dzieje się coś niepokojącego, rodzic ma pełne prawo reagować. Ma też prawo oczekiwać szacunku, profesjonalizmu i bezpieczeństwa swojego dziecka.
Ale czym innym jest konstruktywna rozmowa, a czym innym jest traktowanie nauczyciela jak przeciwnika, który w ocenie rodzica na każdym kroku szkodzi dziecku.
Bo prawda jest taka, że nauczyciel nie powinien być naszym wrogiem. To człowiek, który przez kilka godzin dziennie pracuje z naszym dzieckiem. Uczy je wiedzy, ale także funkcjonowania wśród innych ludzi. Wpływa na to, jak dziecko będzie postrzegało naukę, obowiązki, współpracę, zasady i własną odpowiedzialność.
I jasne, nauczyciel nie wychowa naszego dziecka za nas. Ale my też nie powinniśmy oczekiwać, że szkoła będzie ponosiła cały ciężar tego wychowania. Potrzebujemy współpracy.
Zobacz także
Czasami naprawdę warto odpuścić
Mam wrażenie, że jako rodzice trochę zgubiliśmy po drodze granicę między troską a wyręczaniem. Chcemy chronić dzieci przed każdą porażką, każdą złą oceną, każdą uwagą i każdą nieprzyjemną konsekwencją. Tylko że życie nie działa w ten sposób.
Dziecko czasami musi zapomnieć zeszytu. Musi ponieść konsekwencje nieprzygotowania. Musi samo zapytać nauczyciela, co było zadane. Musi nauczyć się, że jeśli czegoś nie zrobiło, to nie zawsze pojawi się mama albo tata, którzy wykonają telefon i naprawią sytuację. To nie jest brak troski, tylko uczenie samodzielności.
Dlatego zanim napiszę do nauczyciela kolejną wiadomość w e-dzienniku, coraz częściej zadaję sobie jedno pytanie: czy moje dziecko naprawdę potrzebuje mojej interwencji, czy po prostu ja nie potrafię znieść tego, że może sobie z czymś nie poradzić?
I bardzo często odpowiedź jest dla mnie niewygodna. Nie musimy zgadzać się ze wszystkimi decyzjami nauczycieli. Nie musimy udawać, że każdy pedagog jest idealny. Ale zanim napiszemy coś, czego sami nie chcielibyśmy usłyszeć w swojej pracy, zastanówmy się dwa razy.




