
Mój syn chodzi do czwartej klasy podstawówki i wydawało mi się, że na tym etapie nie trzeba już rodzicom przypominać o zaglądaniu do szkolnego plecaka. Okazało się jednak, że wychowawczyni ma z tym coraz większy problem i w końcu zaczęła wprost prosić rodziców, żeby sprawdzali plecaki swoich dzieci. Powód?
"Proszę, sprawdzajcie plecaki"
Mój syn jest w czwartej klasie. Niby już nie jest małym dzieckiem, ale wiadomo, jak to wygląda – raz zapomni zeszytu, innym razem podręcznika, jeszcze innym razem stroju na WF. Do tej pory traktowałam to raczej jako normalną część nauki samodzielności. Dziecko czegoś zapomni, następnym razem może będzie pamiętało.
Ale ostatnio wychowawczyni mojego syna zaczęła zwracać się do nas, rodziców, z prośbą, żebyśmy zaglądali do plecaków dzieci. I szczerze mówiąc, od razu pomyślałam: skoro nauczycielka o to prosi, to chyba naprawdę ma już tego dosyć.
Wychowawczyni naprawdę już puściły nerwy. Nie chodziło o jedną konkretną sytuację. Problem zaczął się powtarzać. A to ktoś nie ma zeszytu. A to ktoś zapomniał książki. Ktoś przyniósł do szkoły rzeczy, które wcale nie były potrzebne, a jednocześnie zostawił w domu to, co akurat było potrzebne na lekcji. I za każdym razem nauczycielka musi się tym zajmować.
W końcu zaczęła przekazywać rodzicom, żeby sprawdzali plecaki swoich dzieci. Nie po to, żeby codziennie wszystko za nie pakować, ale żeby zobaczyć, co właściwie dziecko wozi ze sobą do szkoły i czy ma wszystko, czego potrzebuje.
Pomyślałam: właściwie dlaczego ma to robić nauczycielka?
I tutaj akurat trudno mi się z nią nie zgodzić. Bo przecież wychowawczyni mojego syna ma pod opieką całą klasę. Ma prowadzić lekcje, zajmować się dziećmi, reagować na problemy, sprawdzać ich pracę.
Naprawdę trudno oczekiwać, że dodatkowo będzie codziennie pilnowała kilkunastu czy kilkudziesięciu plecaków. To nie nauczyciel powinien sprawdzać wieczorem, czy dziecko spakowało zeszyt na następny dzień. Owszem, może przypomnieć. Może powiedzieć: "Jutro mamy matematykę, pamiętajcie o podręcznikach". Ale na tym chyba powinna kończyć się jego odpowiedzialność.
Mój syn jest już w czwartej klasie. To nie jest pierwsza czy druga klasa, kiedy rodzic rzeczywiście musi jeszcze sporo rzeczy kontrolować. Wydaje mi się, że to właśnie moment, kiedy dziecko powinno zacząć samo pilnować swoich spraw.
Oczywiście, czasami trzeba mu przypomnieć. Czasami trzeba zajrzeć do plecaka i powiedzieć: "Słuchaj, jutro masz WF, sprawdź, czy masz strój". Ale czym innym jest pomoc, a czym innym wyręczanie dziecka we wszystkim.
Zobacz także
Zajrzałam do plecaka syna i sama się zdziwiłam
Kiedy wychowawczyni zaczęła o tym mówić, sama postanowiłam zajrzeć do plecaka syna. I przyznam, że trochę się uśmiechnęłam. Były tam rzeczy, które absolutnie nie powinny się tam znajdować. Jakieś stare kartki, opakowanie po przekąsce, kilka niepotrzebnych drobiazgów, gumowy wąż.
I wtedy pomyślałam, że może ta prośba wychowawczyni wcale nie jest taka przesadzona. Dla mnie chodzi raczej o to, żeby rodzic wiedział, czy jego dziecko radzi sobie z organizacją, a jeśli jeszcze nie – pomógł mu się tego nauczyć.
Mam wrażenie, że czasami jako rodzice za bardzo chcemy dzieci przed wszystkim uchronić.
Tylko kiedy w takim razie dziecko ma się nauczyć, że to ono odpowiada za swoje rzeczy?
Czasem chyba warto pozwolić mu ponieść konsekwencje małego zapomnienia. Nie po to, żeby je zawstydzić, tylko żeby następnym razem samo pamiętało.




