
Dieta planetarna w szkołach i przedszkolach budzi coraz więcej emocji wśród rodziców. Leszek Klimas ostrzega, że źle przygotowane posiłki roślinne mogą kończyć się pełnymi talerzami wyrzuconymi do kosza i głodnymi dziećmi. Sama obserwuję podobny problem w przedszkolu mojego syna, gdzie dzieci już uznały, że czwartkowe obiady są "niedobre".
Temat diety planetarnej i rewolucji w żywieniu stał się w mediach dość gorący po rozpoczęciu roku szkolnego 2026/2027. Mimo że decyzja o zmianie przepisów została podjęta wiele miesięcy temu, dopiero teraz, kiedy nowe zasady weszły w życie, wiele osób w ogóle dowiedziało się o nowych regulacjach.
Dieta planetarna rozgrzewa emocje rodziców
Ministerstwo Zdrowia zdecydowało się zmienić przepisy dotyczące żywienia dzieci i młodzieży w placówkach szkolnych i przedszkolnych z kilku powodów. Jadłospis bardziej nastawiony na posiłki roślinne ma być korzystniejszy dla planety, ale również pozytywnie wpływać na zdrowie najmłodszych.
Żywienie oparte na nowych wytycznych ma być zbilansowane i różnorodne, z naciskiem na dania lekkostrawne, odżywcze i bogate w białko, które mają również pomóc w ograniczeniu zjawiska nadwagi i otyłości wśród dzieci.
Wokół nowych zasad szybko pojawiły się jednak pytania o to, jak będą wyglądały w praktyce. Czy dzieci rzeczywiście będą chciały jeść przygotowywane dla nich posiłki? Czy kuchnie szkolne i przedszkolne poradzą sobie z przygotowaniem wartościowych i atrakcyjnych dań roślinnych? I wreszcie: czy zdrowy posiłek, którego dziecko nie zje, rzeczywiście będzie zdrowym rozwiązaniem?
"Nie soczewicy! Nie fasoli! Nie ciecierzycy!"
O tym problemie ostatnio na Facebooku napisał Leszek Klimas, znany coach i motywator, twórca Efektu Klimasa, metody, która pozwala wyjść z nadwagi i otyłości zarówno dzieciom, jak i dorosłym.
"PISAŁEM O TYM WCZEŚNIEJ!!! I DOKŁADNIE TEGO SIĘ OBAWIAŁEM!!! Nie soczewicy!!! Nie fasoli!!! Nie ciecierzycy!!! BAŁEM SIĘ JEDNEGO: że ktoś wymyśli 'zdrowe rozwiązanie' zza biurka, a dziecko po prostu tego nie zje!!! I co wtedy? Pełny talerz ląduje w koszu!!! Dziecko wychodzi ze szkoły głodne!!! A po drodze kupuje batona, chipsy albo drożdżówkę!!!
I właśnie TEGO SIĘ BAŁEM!!! Bo zdrowie dzieci to nie tabelka!!! To nie punkt w rozporządzeniu!!! To nie odhaczony obowiązek!!!” – przyznaje Klimas na swoim facebookowym koncie.
Zwraca uwagę na problem, który łatwo przeoczyć w dyskusji o nowych przepisach. Sam fakt, że w jadłospisie pojawią się warzywa, strączki czy inne produkty roślinne, nie oznacza jeszcze, że dzieci będą chciały je jeść.
Jeśli posiłek będzie nieatrakcyjny, źle przygotowany albo zupełnie nie będzie odpowiadał dziecięcym przyzwyczajeniom, może się skończyć dokładnie tak, jak opisuje Klimas: jedzeniem wyrzuconym do kosza i głodnym dzieckiem, które po drodze sięga po słodką lub słoną przekąskę.
"To jest pytanie, czy ktoś naprawdę pomyślał o dzieciach, o ich smaku, przyzwyczajeniach i o tym, jak to wygląda w PRAKTYCE!!!" – zauważył Klimas. I trudno nie zadać sobie tego samego pytania.
Zobacz także
Sama miałam podobne obawy
Jako rodzic również miałam pewne obawy związane z nowymi przepisami. Nie dlatego, że jestem przeciwko diecie roślinnej. Wręcz przeciwnie. Sama jestem jej zwolenniczką, choć w naszym domu je się również mięso, a czasami zdarzają się tłuste, ciężkostrawne i mniej zdrowe posiłki.
Przyznaję bez bicia, że nie jest idealnie, ale jestem zdania, że roślinne, lekkostrawne dania można przyrządzić naprawdę bardzo dobrze. Mogą być smaczne i nawet takim osobom jak moi synowie, którzy kochają mięso, nie będzie przeszkadzał brak kotlecika, mięsa w zupie czy drugim daniu.
Bałam się natomiast, że szkolne i przedszkolne kuchnie nie staną na wysokości zadania przy nowych wytycznych. Bo zmiana jadłospisu to jedno, a umiejętność przygotowania smacznego, wartościowego i atrakcyjnego dla dziecka posiłku to zupełnie inna kwestia.
I właśnie w przedszkolu mojego syna zaczynam obserwować coś, czego się obawiałam. W jadłospisie posiłki roślinne zostały ustalone na czwartek. Minęły zaledwie dwa tygodnie roku szkolnego, a dzieci już są nauczone, że "w czwartki są niedobre obiady i trzeba się najeść na śniadaniu i podwieczorku".
Mój syn w domu je naprawdę wszystko, również warzywa, gdy przygotuję z nich różne sosy do makaronu czy kaszy. W placówce w ogóle nie spróbował jednak potrawki z soczewicy, bo inne dzieci wybrzydzały i były od razu nastawione na to, że posiłek jest niesmaczny.
I tu zaczyna się problem, którego nie rozwiąże żadne rozporządzenie. Dzieci bardzo szybko przejmują od siebie nawzajem niechęć do określonych potraw. Jeśli jedno mówi, że coś jest niedobre, kolejne nawet nie chce spróbować. Zwłaszcza jeśli wcześniej słyszy od dorosłych, że jedzenie roślinne jest niedobre albo że to jakieś wymysły lewicowych polityków.
Oczywiście trzeba też uczciwie powiedzieć, że być może dania faktycznie nie były smaczne. Kucharki nie zawsze muszą wiedzieć, jak przygotować potrawy ze strączków tak, żeby były zdrowe, kolorowe i atrakcyjne dla najmłodszych. Jeśli kuchnia sama nie umie przygotować nic faktycznie smacznego z soczewicy, fasoli czy ciecierzycy, trudno później dziwić się dzieciom, że nie chcą jeść rozgotowanej masy w nieokreślonym kolorze.
Nie chodzi więc o to, żeby demonizować roślinne jadłospisy albo udowadniać, że dzieci powinny codziennie dostawać mięso. Chodzi o coś znacznie prostszego: jeśli chcemy, żeby najmłodsi jedli zdrowiej, musimy dać im jedzenie, które rzeczywiście będą chciały zjeść.
W przedszkolu dzieci mogą oczywiście zjeść więcej na śniadanie czy podwieczorek, ale zwykle jest to białe pieczywo z masłem. Trudno więc uznać, że problem został rozwiązany, jeśli dziecko nie zjadło wartościowego obiadu, a później po prostu dojada mniej wartościowym posiłkiem.
Dieta planetarna nie powinna być więc tylko zmianą tego, co znajduje się w tabelce jadłospisu. Powinna oznaczać również zmianę sposobu myślenia o żywieniu dzieci. Potrzebujemy posiłków wartościowych, różnorodnych, ale też smacznych i atrakcyjnych dla najmłodszych. Bo nawet najlepiej skonstruowany jadłospis nie będzie zdrowym rozwiązaniem, jeśli pełne talerze zamiast do dziecięcych brzuchów będą trafiały do kosza.




