chłopiec na lekcji WF na sali gimnastycznej
Czasami brak wyręczania rodzica to najlepsza nauka odpowiedzialności. fot. cottonbro studio/Pexels

Zapomniany strój na WF może być dla dziecka nieprzyjemną lekcją, ale nie każdą taką sytuację trzeba za nie naprawiać. Czasem rodzic musi powstrzymać odruch natychmiastowej pomocy i pozwolić dziecku ponieść konsekwencje własnego zapomnienia. Właśnie w takich drobnych sytuacjach dzieci uczą się odpowiedzialności, samodzielności i tego, że ich decyzje mają znaczenie.

REKLAMA

Pewnie znajdą się tacy, którzy powiedzą, że jestem wyrodną matką. Mój syn ostatnio zapomniał stroju na WF, a ja – zamiast rzucić wszystko, wsiąść w samochód i zawieźć mu go do szkoły – zostałam w domu. Tak, wiedziałam, że będzie zły. Jest zakaz korzystania ze smartfonów, więc nawet nie mógł do mnie zadzwonić na przerwie. Wiedziałam też, że najprawdopodobniej dostanie nieprzygotowanie. I właśnie dlatego go nie zawiozłam.

Z trudem się powstrzymuję

Nie dlatego, że mnie to nie obchodzi, wręcz przeciwnie. Obchodzi mnie tak bardzo, że czasami muszę sama siebie powstrzymywać, żeby nie pobiec mu z pomocą. Za żadne skarby świata nie chciałabym stać się matką nadopiekuńczą, podsuwającą dziecku wszystko pod nos.

Wielu rodziców ma ten odruch, żeby dziecku oszczędzić wszystkiego, co nieprzyjemne. Widzę, że czegoś zapomniał? Zawiozę. Nie spakował? Spakuję. Nie zapisał, czego potrzebuje do szkoły? Dopytam na grupie rodziców i sprawdzę Librusa. Nie wie, co było zadane? Napiszę do mamy kolegi. Zgubił czapkę? Kupię nową. Zapomniał stroju na WF? No przecież mogę mu go zawieźć.

Mogę. Tylko czy powinnam? I właśnie z tym pytaniem zmagam się jako rodzic bardzo często. Bo łatwo powiedzieć: "Niech dziecko ponosi konsekwencje". Trudniej naprawdę pozwolić mu te konsekwencje ponieść, kiedy widzimy, że za chwilę będzie mu przykro, głupio albo zwyczajnie niewygodnie.

Pozwól mu na porażki, choć to niełatwe

Trudno patrzeć, jak dziecko popełnia błąd, skoro można ten błąd szybko naprawić za niego. Tylko że życie nie działa w ten sposób. A przynajmniej nie chciałabym, żeby moje dziecko weszło w dorosłość z przekonaniem, że zawsze znajdzie się ktoś, kto wszystko za niego ogarnie. Taki brak samodzielności i poczucia odpowiedzialności wydaje mi się najgorszym z możliwych sposobów na wychowanie kogoś, kto kiedyś będzie sobie musiał w życiu poradzić bez mamy i taty.

Dlatego od początku podstawówki staram się nie pakować mu plecaka. Nie sprawdzam codziennie, czy na pewno zapisał wszystko w zeszycie. Nie chcę pamiętać za niego, że jutro trzeba przynieść kasztany, blok techniczny, strój na WF czy konkretną książkę. Oczywiście, czasami przypominam, jak poprosi to pomagam. Nie chodzi przecież o to, żeby urządzić dziecku szkołę przetrwania. Chodzi o proporcje.

Na etapie kilku czy kilkunastu lat jego obowiązki są jeszcze stosunkowo niewielkie – w porównaniu z tym, co czeka go później. To właśnie teraz ma bezpieczną przestrzeń do uczenia się samodzielności.

Jeżeli zapomni stroju na WF, świat się nie skończy. Będzie nieprzygotowanie od nauczyciela i złość albo smutek u dziecka. Może nauczyciel zwróci uwagę. Może następnym razem trzy razy sprawdzi plecak, zanim wyjdzie z domu. I o to właśnie chodzi.

Nie o karanie. Nie o udowadnianie dziecku, kto tu rządzi. Nie o satysfakcję rodzica, któremu cisną się na usta słowa: "A nie mówiłam?". Chodzi o prostą zależność, że każda decyzja ma konsekwencje.

Nie spakowałem stroju – nie ćwiczę. Nie przygotowałem się – dostaję uwagę albo nieprzygotowanie. Nie zabrałem potrzebnej rzeczy – muszę poradzić sobie z tym, że jej nie mam.

Inaczej nie nauczysz odpowiedzialności

To są małe lekcje odpowiedzialności. I chyba lepiej odrabiać je teraz, kiedy konsekwencją jest jeden WF z nieprzygotowaniem, niż za kilkanaście lat, kiedy zapomnienie o czymś ważnym może oznaczać naprawdę poważne problemy.

Oczywiście, bywają sytuacje, w których trzeba wkroczyć. Nie zapieram się wtedy rękami. Samodzielność nie polega na tym, że rodzic umywa ręce i mówi: "Radź sobie". Polega na tym, że rodzic stopniowo oddaje dziecku kolejne strefy, w których jego syn/córka musi być odpowiedzialny/odpowiedzialna.

Tego rodzicielstwo uczy mnie każdego dnia. Bo czasami naprawdę trudno mi się powstrzymać. Wiem, że mogłabym rozwiązać problem w pięć minut. Wystarczyłoby wziąć strój, pojechać do szkoły i po sprawie. Tylko że wtedy problem zostałby rozwiązany przeze mnie, a nie przez niego.

A ja nie chcę wychować dziecka, które w dorosłym życiu będzie przerażone najprostszymi obowiązkami, bo przez lata ktoś inny pamiętał za nie, organizował mu wszystko i ratował je z każdej opresji.

Wolę czasami przełknąć własny niepokój. Pozwolić mu się pomylić. Pozwolić mu czegoś zapomnieć. A czasami doświadczyć tego nieprzyjemnego uczucia, kiedy pomyśli: "Kurczę, mogłem o tym pamiętać".

Dla mnie właśnie wtedy zaczyna się prawdziwa samodzielność. Nie wtedy, kiedy dziecko nigdy niczego nie zapomina. Kiedy czegoś się zapomina, ponosi konsekwencje, wyciąga wnioski i następnym razem pamięta już na zawsze.