
Milenialsi coraz częściej przyglądają się temu, jak zostali wychowani, i nazywają rzeczy, o których wcześniej w rodzinach się nie mówiło. Dorosłość pozwala im dostrzec, że rodzicielska miłość nie oznacza zgody na przekraczanie granic, manipulację czy emocjonalny szantaż. Czasem zadbanie o siebie wymaga ograniczenia kontaktu, a nawet zerwania relacji z rodzicem.
Dzisiejsi rodzice rozliczają też swoich opiekunów
Milenialsi to pierwsze tak świadome pokolenie, które sporo uczy się od Zetek, ale jednocześnie samo "bierze na klatę" edukowanie rodziców i dziadków w różnych kwestiach. Dziś znacznie więcej wiemy o psychologii, relacjach, wychowaniu dzieci czy emocjach. Wiele osób z pokolenia dzisiejszych 30- i 40-latków, mierząc się z pokoleniowymi traumami, korzystało z terapii, a dziś samo chętnie uświadamia osoby ze swojego otoczenia – oczywiście w pozytywnym znaczeniu.
Z drugiej strony dopiero jako dorośli zaczynamy dostrzegać, jak wiele naszych przekonań wcale nie jest naprawdę naszych, lecz wynika z utrwalonych społecznych schematów i przyzwyczajeń. Godzimy się na przekraczanie własnych granic, pozwalamy, by bliskie nam osoby niszczyły naszą psychikę czy odbierały nam emocjonalny spokój. A przecież wcale nie musimy się na to godzić.
I chyba właśnie to jest jedna z najtrudniejszych lekcji dorosłości. Zrozumienie, że fakt, iż ktoś jest naszym rodzicem, nie daje mu automatycznie prawa do decydowania o naszym życiu, kiedy stajemy się dorosłymi osobami. Nie oznacza też, że musimy znosić każde zachowanie tylko dlatego, że "to mama", "to tata" albo stwierdzenia, że "rodzina jest najważniejsza".
Przez lata wielu z nas słyszało, że rodzicom należy się szacunek. Rzadziej jednak ktoś dodawał, że szacunek powinien działać w obie strony. Dziecko, nawet dorosłe, nie jest własnością rodzica. Nie musi bez końca tłumaczyć swoich decyzji, prosić o zgodę na własne życie ani znosić komentarzy dotyczących wyglądu, związku, pracy, pieniędzy czy sposobu wychowywania własnych dzieci.
Szczególnie trudna jest sytuacja, kiedy rodzic nie potrafi przyjąć żadnej krytyki, zawsze musi mieć rację i każdą próbę postawienia granicy odbiera jak osobisty atak. Wtedy zwykłe "nie chcę o tym rozmawiać”" może zamienić się w awanturę, obrażanie się albo emocjonalny szantaż. Nagle dorosła osoba znowu czuje się jak małe dziecko, które zrobiło coś złego i musi przepraszać. A przecież można powiedzieć:
- „Nie chcę takiej rozmowy”.
- „Nie zgadzam się na takie traktowanie”.
- „Nie będę przyjeżdżać do ciebie, jeśli za każdym razem słyszę obraźliwe komentarze”.
- „Nie chcę, żebyś komentował moje decyzje dotyczące dzieci”.
- "Nie muszę później przez trzy dni zastanawiać się, czy aby na pewno nie przesadziłam".
Zobacz także
Musimy nauczyć się bardziej dbać o swój spokój
Stawianie granic nie zawsze oznacza całkowite zerwanie kontaktu. Czasami wystarczy ograniczenie rozmów, rzadsze spotkania albo unikanie tematów, które za każdym razem kończą się konfliktem, czasami potrzebna jest większa odległość. A w najbardziej destrukcyjnych relacjach może się okazać, że najlepszym rozwiązaniem jest nawet czasowe lub całkowite zerwanie kontaktu.
To nie jest łatwa decyzja. W końcu przez całe życie uczono nas, że z rodzicami trzeba się dogadywać, że trzeba wybaczać, że kiedyś ich zabraknie i będziemy żałować. Tyle że takie argumenty często sprawiają, że człowiek pozostaje w relacji, która go niszczy, tylko dlatego, że boi się poczucia winy.
A poczucie winy nie zawsze oznacza, że zrobiliśmy coś złego. Czasami oznacza po prostu, że robimy coś, czego wcześniej nie mieliśmy prawa robić. Wybieramy siebie.
To zresztą kolejna rzecz, której wielu milenialsów musi uczyć się dopiero w dorosłym życiu. Możemy kochać rodziców i jednocześnie nie zgadzać się na ich zachowanie. Możemy być wdzięczni za to, co dla nas zrobili, i jednocześnie zauważać to, co było trudne albo krzywdzące. Możemy mieć z nimi kontakt, ale na własnych zasadach.
Nie zawsze trzeba urządzać wielką konfrontację i wyciągać listę wszystkich krzywd z ostatnich 30 lat. Czasami znacznie skuteczniejsze jest spokojne postawienie granicy i konsekwentne jej przestrzeganie. Bez tłumaczenia się po raz setny i wdawania się w każdą prowokację. Bez próby przekonania drugiej osoby, że robi coś źle.
Chyba najtrudniejsze jest zaakceptowanie, że nie zmienimy innych ludzi. Nie sprawimy, że rodzic nagle zrozumie swoje błędy, przeprosi i zacznie zachowywać się dokładnie tak, jak zawsze tego potrzebowaliśmy. Możemy jednak zmienić własną reakcję. Możemy przestać szukać akceptacji za wszelką cenę.
I chyba właśnie na tym polega dorosłość, o której wcześniej nikt nam nie powiedział. Nie na tym, że w końcu wszystko wiemy i wszystko potrafimy. Raczej na tym, że zaczynamy rozumieć, czego już nie chcemy. I mamy odwagę powiedzieć: tego nie będę dłużej robić sobie tylko dlatego, że tak było w mojej rodzinie od zawsze.
Nie każda relacja z rodzicem musi wyglądać idealnie. Nie każda musi być bliska. I nie każdą za wszelką cenę trzeba ratować. Czasami największym przejawem dojrzałości nie jest kolejne zaciskanie zębów, ale postawienie granicy. Nawet jeśli komuś się ona nie spodoba.
Źródło: huffpost.com




