Wakacyjne animacje w kinach sprawiają, że wychodzi się z kina wzruszonym lub przebodźcowanym.
Wakacyjne animacje w kinach sprawiają, że wychodzi się z kina wzruszonym lub przebodźcowanym. fot. screen imdb.com/mamaDu.pl

Jedno wyjście do kina mocno mnie zaniepokoiło, drugie przypomniało, dlaczego pokochałam animacje jako dziecko. Pokusiłam się o porównanie nowych "Minionków i Straszydeł" i "Toy Story 5" z perspektywy mamy dwóch chłopców. Zgadnijcie, która bajka bardziej przebodźcowuje dzieci. Jeśli planujecie wakacyjny seans z rodziną, ten wybór może mieć większe znaczenie, niż się wydaje.

REKLAMA

Wakacyjne seanse w kinie

Byłam ostatnio w kinie dwa razy z moimi synami, którzy mają 6 i 8 lat. Obejrzeliśmy dwie zupełnie różne animacje. Wyszłam z tych seansów z jedną myślą. To, jak dziś robi się bajki, bardzo się zmieniło, a jako osoba wychowana w czasach, kiedy w telewizji leciała tylko o 19:00 Wieczorynka, widzę tę różnicę. Nie każda zmiana wychodzi dzieciom na dobre.

Najpierw wybraliśmy się na nowe "Minionki". Spodziewałam się lekkiej, zabawnej historii, przy której wszyscy będziemy się śmiać. Przyznaję, sama nie przepadam za tymi żółtymi stworkami, ale moje dzieci lubią poprzednie części, więc się dla nich poświęciłam.

Zamiast miłej animacji, dostałam dwie godziny nieustannego ataku na zmysły. Trudno było mi nadążyć za tym, co działo się na ekranie. Sceny zmieniały się błyskawicznie, obraz praktycznie cały czas był w ruchu, a co chwilę pojawiały się nowe postacie, wybuchy, kolory i żarty.

Największym problemem nie był nawet sam poziom absurdu, bo Minionki od zawsze opierały się na chaosie. Problemem było to, że fabuła momentami schodziła na dalszy plan, a dużo więcej uwagi do ekranu przyciągało to, jak wszystko tam się szybko dzieje.

Miałam wrażenie, że wszystko podporządkowano temu, żeby widz ani przez sekundę się nie nudził, czyli jak dziś w internecie: królują krótkie rolki, nikomu już się nie chce słuchać długich podcastów. Efekt był taki, że wyszłam z tego seansu bardzo przebodźcowana i otumaniona, a moje dzieci zachowywały się jakby były na haju po przedawkowaniu ekranów.

Nie tylko ja miałam takie odczucia. W recenzji opublikowanej przez amerykański portal "Parents" autorka napisała wprost, że film jest "przebodźcowujący nawet dla dorosłego”. Zwróciła uwagę na bardzo szybki montaż, jaskrawe kolory, nieustannie poruszający się obraz i ogrom szczegółów w każdej scenie.

Według autorki artykułu film nie jest przeznaczony dla małych dzieci: najlepiej odnajdą się na takim seansie dopiero dzieci od około 8. roku życia, a ja bym nawet powiedziała, że jeszcze starsze. Warto przypomnieć, ze ograniczenie wiekowe dla tego filmu to 7+

Po wyjściu z kina zobaczyłam coś, co dało mi do myślenia. Moi synowie byli wyraźnie pobudzeni. Mieli mnóstwo energii, trudno było im się wyciszyć. Dawno nie widziałam u nich takiego poziomu przebodźcowania po jednej bajce.

Nostalgiczny powrót do dawnych animacji

Trochę ponad tydzień później poszliśmy na "Toy Story 5", choć po poprzednim seansie miałam pewne obawy. Nagle jednak okazało się, że można zrobić film dla dzieci zupełnie inaczej.

Jako dziecko wychowałam się na pierwszych częściach "Toy Story". Szczególnie jedynka i dwójka należały do moich ulubionych animacji. Do kina szłam więc z milenialską nostalgią, lekkim wzruszeniem i nadzieją, że będę mogła uczestniczyć w przeżyciu moich dzieci, które będzie podobne do mojego z końca lat 90, kiedy na film o Buzzie i Chudym zabrała mnie ciocia.

Nie była to podróż pełna nostalgii w takim stopniu, jakiego się spodziewałam. Nawiązań do pierwszych części nie było aż tak wiele. Znacznie mocniej wybrzmiewały wydarzenia z trzeciej i czwartej odsłony (bo tu dalej właścicielką zabawek jest Bonnie i poznajemy całą historię Jessie – kto wie, ten wie). Mimo to wyszłam z kina naprawdę zadowolona.

Przede wszystkim dlatego, że twórcy pozwolili historii wybrzmieć. Tutaj akcja nie pędzi na złamanie karku. Jest czas na rozmowę, emocje, budowanie napięcia i przygodę. Nie ma wrażenia, że co kilka sekund musi wydarzyć się coś jeszcze bardziej spektakularnego.

To przypomniało mi animacje z lat 90. i początku 2000. Wtedy bajki były jednak spokojniejsze. Dzieci śledziły losy bohaterów, zamiast próbować nadążyć za lawiną bodźców.

Bardzo spodobał mi się również główny temat filmu. Twórcy pokazują, jak bardzo ekrany zmieniły dzieciństwo. Coraz trudniej oderwać dzieci od tabletów, telefonów i gier. Zabawki przegrywają z elektroniką, a wyobraźnia często ustępuje gotowym obrazom wyświetlanym na ekranie. To nie jest nachalne moralizowanie, tylko raczej pokazanie obecnych realiów i tego, że dzieci najbardziej rozwijają się wtedy, gdy same wymyślają zabawy.

Po seansie moi synowie nie wyszli w takim stanie jak poprzednio. Rozmawialiśmy o bohaterach, śmialiśmy się z zabawnych scen i zastanawialiśmy się, co sami zrobilibyśmy na miejscu zabawek. I właśnie tego oczekuję od dobrego kina familijnego.

Nie twierdzę, że każde dziecko powinno omijać nowe "Minionki". Wiele dzieci będzie zachwyconych takim tempem i humorem, bo w takich szybkich czasach też dziś żyjemy. Warto jednak pamiętać, że nie każda animacja jest równie dobra dla młodszych widzów. Czasami mniej naprawdę znaczy więcej.

Jeśli więc zastanawiacie się, na co wybrać się do kina z dziećmi w te wakacje, ja bez wahania postawiłabym na "Toy Story 5". Nie tylko dlatego, że sama dorastałam z Chudym i Buzzem. Przede wszystkim dlatego, że to film, po którym dzieci wychodzą z głową pełną historii i refleksją, że dzieciństwo to jednak głównie zabawki, a nie ekrany. No i przyznaję – dzieci wróciły do domu i faktycznie sięgnęły po zabawki, zamiast kolejny raz męczyć rodziców o ekrany.