rodzice z dziećmi na plaży
Rodzice na plaży często pozwalają dzieciom na wszystko, nie zwracając uwagi na innych plażowiczów. fot. Laura Link/Pexels

Mam wrażenie, że coraz częściej mylimy bezstresowe wychowanie z wychowaniem bez zasad. Tymczasem pierwotna idea tego nurtu nigdy nie zakładała, że dziecku wolno wszystko. Chodziło o budowanie relacji bez strachu i przemocy, a nie o rezygnację z wymagań, konsekwencji i uczenia odpowiedzialności. Dlatego moje dzieci mają jasno postawione granice i innym rodzicom też to radzę.

REKLAMA

W wakacje odpuszczamy dzieciom nawet podstawowe zasady

Latem wiele osób nie tylko odpuszcza sobie napięty grafik i przepełniony zadaniami plan dnia, ale również stosowanie się do pewnych zasad. Odpuszczamy dzieciom godziny snu, pozwalamy im dłużej bawić się na dworze, częściej jemy lody i nie liczymy każdej minuty spędzonej przed ekranem.

Sama jestem mamą dwóch energicznych chłopców, więc doskonale wiem, że wakacje nie są czasem idealnie grzecznych dzieci. Są czasem biegania, śmiechu, głośnych zabaw, emocji i niekończących się pomysłów. I bardzo dobrze. Dzieci mają prawo być dziećmi i wakacje trochę są od tego, żeby poluzować tę napiętą gumkę.

Jest jednak pewna granica, której nie chciałabym przekraczać. To granica wyznaczana przez komfort i wolność drugiego człowieka.

Od najmłodszych lat staram się tłumaczyć swoim synom, że życzliwość i szacunek nie kończą się na drzwiach naszego domu. Dotyczą również obcych ludzi spotkanych na plaży, w hotelu, w restauracji czy przy basenie. Chcę, żeby wiedzieli, że ich potrzeby są ważne, ale nie ważniejsze od potrzeb wszystkich dookoła, bo skoro żyjemy w społeczeństwie, to warto pamiętać, że wokoło nas są inni ludzie.

Na plaży nie przeszkadza mi dziecięcy śmiech. Sama lubię patrzeć, jak maluchy budują zamki z piasku, biegają do wody i cieszą się wakacjami. Problem zaczyna się wtedy, gdy piasek ląduje na ręcznikach sąsiadów, piłka co chwilę wpada między leżaki, a rodzice udają, że nic się nie dzieje, bo przecież "to tylko dzieci", nawet jeśli to one przeszkadzają wszystkim w odpoczynku.

Podobnie jest w restauracjach. Oczekuję od innych gości odrobiny wyrozumiałości, kiedy moje dzieci czasem się wiercą, rozmawiają trochę głośniej albo potrzebują odejść od stołu i iść do kącika zabaw. Dzieci nie są robotami i nie da się ich wyłączyć jednym przyciskiem. Jednocześnie nie wyobrażam sobie, żebym pozwoliła im biegać między stolikami, zaglądać obcym ludziom do talerzy czy urządzać wyścigi między kelnerami. To nie jest dawanie im swobody tylko brak granic.

"Bezstresowe wychowanie" nie oznacza braku granic

Mam wrażenie, że coraz częściej mylimy bezstresowe wychowanie z wychowaniem bez zasad. Tymczasem pierwotna idea tego nurtu nigdy nie zakładała, że dziecku wolno wszystko. Chodziło o budowanie relacji bez strachu i przemocy, a nie o rezygnację z wymagań, konsekwencji i uczenia odpowiedzialności.

Granice nie odbierają dzieciom wolności. Dają im poczucie bezpieczeństwa i pokazują, jak funkcjonować wśród innych ludzi. Uczą, że czasem trzeba poczekać na swoją kolej, ściszyć głos albo zrezygnować z czegoś, jeśli przeszkadza to komuś obok. To nie jest ograniczanie, tylko przygotowywanie do życia w społeczeństwie.

Mam wrażenie, że jako rodzice coraz częściej oczekujemy od świata ogromnej empatii wobec naszych dzieci, ale nie dajemy nic w zamian. Chcemy, żeby hotel był przyjazny rodzinom, żeby restauracje miały kąciki zabaw, żeby inni goście rozumieli dziecięce emocje, a plażowicze cierpliwie znosili hałas. I w dużej mierze się z tym zgadzam. Dzieci mają prawo być obecne w przestrzeni publicznej.

Empatia działa jednak w dwie strony. Skoro oczekujemy jej od innych, sami również powinniśmy ją okazywać. Trudno wymagać życzliwości od osób, którym właśnie zniszczono spokojny wypoczynek, bo nikt nawet nie próbował zareagować na zachowanie własnego dziecka.

Nie wychowuję swoich synów po to, żeby byli najgrzeczniejszymi dziećmi na świecie i nie chcę ich musztrować na każdym kroku. Chcę, żeby byli dobrymi ludźmi i umieli powiedzieć "przepraszam", gdy wpadną na kogoś rozpędzeni. Żeby zauważyli starszą osobę odpoczywającą na leżaku. Żeby wiedzieli, że ich zabawa kończy się tam, gdzie zaczyna się czyjś dyskomfort.

Chyba tego właśnie najbardziej brakuje podczas wakacyjnych wyjazdów. Nie kolejnych regulaminów, zakazów ani tabliczek z napisem "proszę zachować ciszę". Bardziej potrzebujemy rodziców, którzy pamiętają, że oni i ich dzieci nie są pępkiem świata.