dzieci na korytarzu w pociągu
Dzieci w komunikacji publicznej czasami nie zachowują się w porządku, a rodzice nie reagują. fot. Kadir Polat/Pexels

Dzieci w przestrzeni publicznej coraz częściej budzą frustrację innych osób. Rodzice są krytykowani za naturalne zachowania swoich pociech, a wiele miejsc wprowadza godziny tylko dla dorosłych. Problem leży w braku stawiania granic i nauki kultury, która pozwala dzieciom współżyć z innymi.

REKLAMA

Dzieci nie są społecznie mile widziane

Dzieci w przestrzeni publicznej w ostatnim czasie wzbudzają skrajne emocje. W restauracjach, kolejkach w urzędzie czy komunikacji miejskiej rodzicom obrywa się już za samą obecność i naturalne zachowania ich dzieci. Coraz częściej nie tylko hotele, lecz także restauracje czy obiekty sportowe wprowadzają godziny przeznaczone wyłącznie dla dorosłych klientów.

Jako rodzic przez długi czas uważałam to za niesprawiedliwość i byłam przekonana, że to swoisty lincz na matkach i ojcach tylko dlatego, że opiekują się dziećmi. Z czasem jednak dotarło do mnie, że problem nie jest aż tak prosty.

Chodzi o fakt, że część rodziców wychowuje dzieci bez stawiania im granic, pozwalając, by w przestrzeni publicznej zachowywały się w sposób trudny do zaakceptowania. Nie mówimy tu o zwykłych dziecięcych reakcjach i emocjach – śmiechu, płaczu czy krzyku ze złości. Mówimy o braku kultury i szacunku wobec innych oraz o ignorowaniu podstawowej zasady: tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka, kończy się moja własna – i mojego dziecka również.

Ostatnio pewna mama napisała na Threads:

"W Polsce niestety nie można merytorycznie porozmawiać na temat zachowania rodziców (a przez to ich dzieci). Zwracasz uwagę, że część ludzi łamie regulaminy obowiązujące w zbiorkomie, część łamie ogólnopolskie prawo, część po prostu przeszkadza, bo im się nie chce dzieckiem zająć?

Od razu agresywny atak, morze chochołów, same emocje. Bo dzieci to przecież dzieci [...]. Ja się przestaje dziwić, że jest coraz więcej miejsc bez dzieci – co więcej, nawet rodziny nie chcą wybierać hoteli 'family friendly', bo... Jest za głośno xD" – napisała użytkowniczka o nicku @radoscruchu.

Rodzice muszą zmienić podejście

Trudno nie przyznać jej częściowej racji – mówię to również z perspektywy rodzica. Wielokrotnie spotykałam się z nieprzyjemnym traktowaniem ze strony obcych osób, kiedy byłam gdzieś z dzieckiem. Było mi przykro, bo moje dzieci nie zachowywały się w sposób skandaliczny – w domu także uczę je szacunku do ciszy i innych domowników. Problem polega jednak na tym, że nie wszyscy rodzice stawiają granice. Stąd bierze się społeczne przekonanie, że rodzicom "wolno więcej", bo mają dzieci.

Sama złapałam się na tym, że nawet będąc z dziećmi, podświadomie nie wybieram specjalnych stref rodzinnych. Często panuje w nich taki harmider, że nawet moje energiczne dzieci mają problem, by się w nim odnaleźć.

I właśnie tu zaczyna się najważniejsza kwestia. Jeśli chcemy, by dzieci były mile widziane w przestrzeni publicznej, to my – rodzice – musimy wziąć odpowiedzialność za zmianę społecznego myślenia. Nie obrażać się na krytykę, nie tłumaczyć wszystkiego "bo to tylko dzieci", lecz uczyć je zasad współżycia z innymi ludźmi.

To od nas zależy, czy kolejne pokolenie będzie kojarzone z hałasem i brakiem granic, czy z kulturą i empatią. Zmiana wizerunku rodziców i dzieci nie zacznie się od zakazów ani od stref "tylko dla dorosłych". Zacznie się w domach – od konsekwentnego wychowania i świadomości, że wspólna przestrzeń oznacza wspólną odpowiedzialność.