
Brytyjski nauczyciel stwierdził, że "nie ma już czegoś takiego jak niegrzeczne dziecko", wywołując tym samym gorącą dyskusję o rosnącej liczbie diagnoz ADHD i specjalnych potrzeb edukacyjnych. Czy rzeczywiście diagnozujemy dzieci częściej niż kiedyś, czy po prostu lepiej rozumiemy ich trudności?
Spór rozpoczął się w Wielkiej Brytanii, gdzie asystent nauczyciela Paul Sheward opublikował w mediach społecznościowych wpisy, w których przekonywał, że diagnozy specjalnych potrzeb edukacyjnych są zbyt często wykorzystywane do tłumaczenia niewłaściwego zachowania uczniów.
"Wydaje się, że nie ma już czegoś takiego jak 'niegrzeczne' dzieci. Zawsze znajduje się jakieś głębsze wyjaśnienie" – mówił później przed sądem.
Jego słowa wywołały ogromną debatę. Szkoła uznała, że naruszył obowiązujące standardy, a nauczyciel ostatecznie przegrał sprawę dotyczącą niesłusznego zwolnienia. Sama dyskusja jednak nie ucichła.
Coraz więcej dzieci otrzymuje diagnozę
Nie da się ukryć, że liczba dzieci z rozpoznanymi specjalnymi potrzebami edukacyjnymi rośnie i to nie tylko w Wielkiej Brytanii.
W Polsce, według danych Ministerstwa Edukacji, liczba uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi wzrosła w ciągu ostatniej dekady o ponad 150 proc. Z kolei dane Narodowego Funduszu Zdrowia pokazują, że w ostatnich latach wyraźnie zwiększyła się również liczba osób leczonych z powodu ADHD.
Podobny trend obserwowany jest także w innych krajach Europy. Badania cytowane przez brytyjskie media wskazują na rosnącą liczbę diagnoz oraz większe wykorzystanie leków stosowanych w leczeniu ADHD. Pytanie więc z czego wynika ten wzrost?
Większa świadomość czy zbyt szerokie kryteria?
Część lekarzy i nauczycieli uważa, że dziś znacznie lepiej rozumiemy trudności neurorozwojowe niż jeszcze kilkanaście lat temu. Dzieci, które dawniej określano jako "leniwe", "niegrzeczne" czy "niezdyscyplinowane", trafiają dziś do specjalistów i otrzymują odpowiednią pomoc.
To dobra wiadomość, bo właściwie postawiona diagnoza może ułatwić dziecku funkcjonowanie w szkole i codziennym życiu.
Nie brakuje jednak osób, które zwracają uwagę na drugą stronę medalu. Niektórzy lekarze rodzinni w Wielkiej Brytanii uważają, że kryteria diagnostyczne stały się szersze niż kiedyś i obejmują zachowania, które dawniej uznawano za mieszczące się w granicach normy rozwojowej.
Ich zdaniem istnieje ryzyko, że część dzieci otrzymuje diagnozę tam, gdzie potrzebne byłoby przede wszystkim wsparcie wychowawcze, spokojna obserwacja czy zmiana środowiska.
Wielu ekspertów nie zgadza się z taką oceną
To jednak tylko jedna strona dyskusji. Specjaliści zajmujący się autyzmem i ADHD podkreślają, że mówienie o "nadmiernym diagnozowaniu" może prowadzić do niebezpiecznych uproszczeń. Ich zdaniem problemem wciąż pozostaje nie tyle liczba diagnoz, ile długi czas oczekiwania na konsultacje oraz ograniczony dostęp do terapii.
Zwracają również uwagę, że przez wiele lat wiele dzieci – zwłaszcza dziewczynek – pozostawało niezdiagnozowanych, ponieważ ich trudności wyglądały inaczej niż u chłopców i były łatwiejsze do przeoczenia.
Rosnąca liczba rozpoznań może więc być efektem większej wiedzy rodziców, nauczycieli i lekarzy, a nie dowodem na to, że zaburzeń nagle zaczęło przybywać.
Najtrudniejsze pytanie nie ma prostej odpowiedzi
Czy każde trudne zachowanie dziecka powinno prowadzić do diagnozy? Z pewnością nie. Czy każde trudne zachowanie można wyjaśnić wyłącznie wychowaniem? Również nie.
Psychologowie od lat podkreślają, że zachowanie dziecka jest zwykle wynikiem wielu nakładających się czynników – temperamentu, doświadczeń rodzinnych, środowiska szkolnego, sposobu radzenia sobie z emocjami, a czasem także zaburzeń neurorozwojowych.
Dlatego coraz częściej zwraca się uwagę, że najważniejsze nie jest samo poszukiwanie diagnozy ani jej kwestionowanie, ale rzetelna ocena dokonana przez specjalistów.
Bo choć internetowe dyskusje często sprowadzają problem do prostego pytania: "czy to ADHD, czy złe wychowanie?", rzeczywistość zwykle okazuje się znacznie bardziej skomplikowana. A największą cenę za zbyt pochopne oceny – niezależnie od tego, z której strony padają – płacą same dzieci.
Źródło: bbc.com
Zobacz także


