Anna Lewandowska z córką na rękach
Lewandowskich czeka przeprowadzka do Chicago. fot. Instagram @annalewandowska

Przeprowadzka rodziny Lewandowskich z Barcelony do Chicago wywołała ogromne emocje. Największą burzę wywołał jednak szczery wpis Anny Lewandowskiej, która przyznała, że boi się o swoje córki i ich odnalezienie się w nowej rzeczywistości. Zamiast zrozumienia otrzymała falę hejtu, która pokazuje, jak łatwo odmawiamy majętnym osobom prawa do zwykłych ludzkich emocji.

REKLAMA

Lewandowskich czeka wyprowadzka do USA

Są takie wiadomości, które niektórych doprowadzają do entuzjazmu, a innych natychmiast irytują. Informacja o tym, że Robert Lewandowski ma kontynuować piłkarską karierę w Chicago Fire FC, wywołała ogromne emocje w wielu polskich i zagranicznych mediach.

Nie tylko dlatego, że oznacza zakończenie pewnego etapu po kilku latach spędzonych w Barcelonie, gdzie rodzina mieszkała od 2022 roku, a Robert grał dla klubu FC Barcelona. Prawdziwa burza rozpętała się dopiero wtedy, gdy głos w sprawi decyzji zawodowej męża zabrała Anna Lewandowska.

W jej mediach społecznościowych i publicznych wypowiedziach było widać, że Barcelona stała się dla niej czymś więcej niż kolejnym miejscem do życia. Wielokrotnie pisała, że właśnie tam czuje się szczęśliwa, spełniona i że odnalazła swój dom. To tam rozwijała swoje projekty zawodowe, otworzyła studio fitness i stworzyła codzienność dla swojej rodziny.

Córki Lewandowskich uczęszczały tam do szkół i przedszkoli, brały udział w zajęciach dodatkowych i niewątpliwie miały krąg rówieśników, z którymi się wychowywały. Dlatego jej najnowszy wpis nie był pełen zachwytów nad nowym rozdziałem w życiu, ale czuć było w nim lęk i niepewność przezd nieznaną przyszłością. Zresztą żona piłkarza napisała wprost, że boi się, jak to będzie i czy jej dzieci dobrze zniosą tę zmianę.

Lewandowska na Instagramie napisała między innymi: "Przed nami ogromna zmiana czyli przeprowadzka do Chicago. I choć powinnam pisać o ekscytacji, to dziś chcę Wam powiedzieć jedno: cholernie się boję".

Przyznała również: "Barcelona stała się moim domem. Moim bezpiecznym miejscem, które pokochałam całym sercem. Myśl o tym, że znowu muszę się spakować, zostawić to, co zbudowałam, i zacząć trochę od nowa, po prostu mnie przeraża".

Najbardziej poruszyły mnie jednak słowa o dzieciach. "Jako mama czuję ogromny stres. Martwię się o dziewczynki i ich emocje, o nową szkołę, o to, jak odnajdą się w zupełnie nowym świecie. Kto przechodził tak dużą przeprowadzkę z dziećmi, ten wie, jaki to ciężar psychiczny dla rodzica".

Żonie piłkarza dostało się od hejterów

I właśnie za te słowa spadła na nią fala krytyki. W komentarzach pojawiły się zarzuty, że jest oderwana od rzeczywistości, że zwykli ludzie mają większe problemy, że miliony na koncie powinny skutecznie znieczulać na wszelkie troski. Czy naprawdę?

Jestem mamą dwójki dzieci. Nigdy nie przeprowadzałam się z nimi do innego miasta, a tym bardziej na drugi koniec świata. Ale naprawdę nie muszę tego przeżyć, żeby wyobrazić sobie, jak trudne to może być. Zanim Lewandowska jeszcze napisała ten post, po informacji o dołączeniu piłkarza do amerykańskiej drużyny, pomyślałam właśnie o tym, jak ich dzieci zniosą taką zmianę.

Ich córki w Barcelonie na pewno mają swoich przyjaciół, szkoły, ulubione miejsca i codzienne rytuały. Czują się bezpiecznie, bo znają otoczenie i właściwie były bardzo małe, kiedy tam zamieszkały, więc to dla nich pierwszy prawdziwy dom, który znają.

Nagle rodzice muszą im powiedzieć, że wszystko się zmieni. Że będzie nowy dom, nowa szkoła, nowy język i nowe twarze. Każda matka zastanawiałaby się, czy jej dziecko sobie poradzi. Każda martwiłaby się, czy sama udźwignie emocje swoje i swoich dzieci.

Oczywiście wiem, że rodzina Lewandowskich nie będzie martwiła się o kredyt, rachunki czy ceny zakupów. Ich życie wygląda zupełnie inaczej niż życie większości z nas. Ale czy to oznacza, że nie wolno im się bać? Czy pieniądze sprawiają, że dzieci przestają tęsknić za przyjaciółmi? Czy ich konta bankowe sprawią, że nie będą odczuwali lęku przed zmianą? Dla mnie tu osobom komentującym po prostu zabrakło trochę empatii.

Stan konta nie zabiera ludziom emocji

Bardzo mądrze napisała o tym psychiatrka Maja Herman. Zwróciła uwagę, że reakcja internautów była "obrzydliwa", ponieważ "kobieta, a właściwie głównie matka, pisze o tym, jak ciężko będzie przenieść cały świat na drugi kontynent, a ludzie ją atakują".

Dodała również coś, o czym bardzo często zapominamy: "Emocji związanych z relacjami nie kupisz". I jeszcze jedno zdanie, które powinien przeczytać każdy, kto uważa, że bogaci nie mają prawa do słabości: "Psychika nie działa nagle inaczej, jak ma się miliony na koncie".

To są słowa, pod którymi mogę się podpisać. Mam wrażenie, że coraz częściej odbieramy ludziom prawo do emocji tylko dlatego, że osiągnęli sukces. Jakby bogactwo było biletem do życia bez strachu, smutku i niepewności. A przecież tak nie jest: można być majętnym i jednocześnie bać się o swoje dzieci.

Można być znanym i jednocześnie nie spać po nocach z powodu wielkiej życiowej zmiany. Można mieć wszystko, a mimo to martwić się o to, czy rodzina odnajdzie się w nowym miejscu.

Nie we wszystkim zgadzam się z Anną Lewandowską. Bywa, że patrzymy na świat zupełnie inaczej, ale w tej sytuacji mam dla niej dużo współczucia i życzliwości, której niektórym wobec niej zabrakło. To matka, która chce chronić swoje dzieci przed stresem.

Matka, która opuszcza miejsce, które pokochała i w którym dla swoich dzieci zbudowała bezpieczne środowisko. Matka, która nie udaje silnej tylko dlatego, że wszyscy tego od niej oczekują. Dziś chyba nam wszystkim trochę brakuje bycia empatycznymi. Nie mamy umiejętności spojrzenia na drugiego człowieka bez sprawdzania całej otoczki, np. stanu jego konta.

Emocje nie są luksusem zarezerwowanym dla biednych ani przywilejem bogatych. Są po prostu częścią bycia człowiekiem. I naprawdę nie powinniśmy nikomu odbierać prawa do przeżywania strachu tylko dlatego, że żyje na wyższym poziomie niż my.