dzieci podróżujące pociągiem wyglądają przez okno
Dzieci w podróży często się nudzą, dlatego potrzebują inicjatywy dorosłych, by zająć sobie czas. fot. Maksim Goncharenok/Pexels

Podczas codziennych podróży pociągiem obserwuję dziesiątki pasażerów. Tym razem moją uwagę przyciągnęła rodzina z dwójką dzieci i sposób, w jaki rodzice radzili sobie z ich nudą podczas wielogodzinnej podróży. Ta scena skłoniła mnie do refleksji nad tym, że smartfony stały się dziś zbyt często zastępstwem dla rodzicielskiej uwagi.

REKLAMA

Pociąg: najlepsze miejsce do obserwacji ludzi

Mieszkam pod Warszawą i do pracy w redakcji regularnie jeżdżę pociągiem. To mój stały środek transportu, dlatego niemal co tydzień prowadzę "społeczne obserwacje"”. Widzę relacje między ludźmi, słyszę rozmowy, przyglądam się temu, jak zachowujemy się wobec siebie w przestrzeni publicznej.

Czasami są to sceny, które przywracają wiarę w ludzi. Innym razem takie, które zostają w głowie na długo i wtedy zastanawiam się, co poszło nie tak, że żyjemy w tak smutnych czasach.

Kilka dni temu jechałam rano pociągiem, który miał przed sobą długą trasę przez pół Polski. W wagonie było wielu turystów, a także rodziny z dziećmi. Nic nadzwyczajnego, większość tych osób w Warszawie przesiada się do innych pociągów dalekobieżnych. Jednak wakacyjny sezon dopiero się rozkręca i coraz więcej osób podróżuje właśnie w ten sposób.

Moją uwagę przyciągnęła rodzina 2+2. Dwójka dzieci była mniej więcej w wieku moich synów, czyli sześciu i ośmiu lat. Doskonale wiem, jak wymagające bywają podróże z kilkulatkami. Dzieci się nudzą, pytają, ile jeszcze zostało do końca drogi. Chcą coś przekąsić, przejść się korytarzem. Marudzą i kłócą się o drobiazgi. Po kilku godzinach każdy rodzic zaczyna odczuwać zmęczenie. Naprawdę to rozumiem.

Sama mam dzieci i wiem, jak wyglądają rodzinne podróże

My najczęściej podróżujemy samochodem, jeśli mówimy o wakacjach. Zawsze przygotowuję dzieciom tzw. torbę ratunkową. Są w niej kolorowanki, książeczki, gry podróżne (polecam te z Pepco, Action i Tigera), zagadki w formie książek z zadaniami, małe zabawki i przekąski. I wiecie co – moje dzieci nie są wyjątkowo grzeczne w czasie drogi.

Ale taka torba z rzeczami dla nich zawsze ratuje mnie i męża i dba o nasz spokój. Po prostu jako rodzic pogodziłam się z faktem, że spokojna podróż wymaga mojego zaangażowania. Jeśli dzieci siedzą z tyłu i nie mają zajęcia, kierowca prędzej czy później będzie musiał uczestniczyć w rozwiązywaniu kolejnego konfliktu.

Dlatego podróż pociągiem wydaje mi się wręcz wymarzona. Nie trzeba skupiać się na drodze. Można rozmawiać z dziećmi, patrzeć z nimi przez okno, wymyślać zabawy, komentować mijane miejsca. Można czytać, rysować, grać w proste gry, a nawet zabrać niewielką planszówkę. Możliwości jest mnóstwo, potrzeba tylko uwagi.

Rodzice byli zmęczeni, ale dzieci zostawili same sobie

Tymczasem rodzice, których obserwowałam, sprawiali wrażenie, jakby chcieli przeczekać podróż do samego końca. I w sumie też ich rozumiem, wiem jak to jest musieć się zająć dziećmi, kiedy padasz na twarz. Ale tu było trochę inaczej. Dzieci robiły właściwie wszystko, na co miały ochotę. Przekrzykiwały się, zaczepiały, kłóciły i przeszkadzały sobie nawzajem.

Były dokładnie tym, na co narzekają ludzie, mówiąc o tym, że potrzebujemy stref bez dzieci. Nie chodzi nawet o sam hałas. Dzieci mają prawo być dziećmi. Problem polegał na tym, że nikt nie próbował ich uciszyć, postawić granic i powiedzieć, że komuś przeszkadzają.

Nikt nie pokazał im, że ich swoboda kończy się tam, gdzie zaczyna się komfort innych pasażerów. A to przecież głównie rola ich rodziców i opiekunów, prawda?

Rodzice przez większość czasu siedzieli z nosami w telefonach. Gdy dzieci próbowały zwrócić na siebie uwagę, odpowiadali z wyraźną irytacją. Przez ponad godzinę powtarzali, że są zmęczeni i potrzebują spokoju, wciskając dzieciakom jakieś kolorowankai i zabawki. Rodzicielstwo naprawdę potrafi wykończyć i ja to totalnie rozumiem.

Tyle że dzieci nie przestają być dziećmi tylko dlatego, że dorośli są zmęczeni. I w tym kontekście zachowania tej matki i tego ojca zupełnie nie rozumiem. Telefon nie powinien być pierwszym wyborem

Skończyło się tak, że rodzice wręczyli dzieciom smartfon z bajką. W jednej chwili zrobiło się ciszej, ale miałam wrażenie, że problem został jedynie przykryty kolejnym problemem.

Coraz częściej słyszymy, że dzieci mają kłopot z nadmiernym korzystaniem z ekranów. Martwimy się o uzależnienie od smartfonów i brak umiejętności samodzielnego zajęcia sobie czasu, wprowadzamy zakazy telefonów w szkołach. A jednocześnie bardzo często to właśnie my, dorośli, dajemy telefon przy pierwszych oznakach nudy.

Oczywiście nie jestem idealną matką. Zdarzało mi się dać dziecku telefon podczas wyjątkowo trudnej podróży. Bywają sytuacje, kiedy wszyscy jesteśmy zmęczeni i potrzebujemy chwili oddechu. Nie zamierzam nikogo za to potępiać.

Dzieci bardziej niż smartfona potrzebują rodzica

Mam jednak poczucie, że dla wielu osób ten smartfon w ręku dziecka to nie jest wyjątkowa i ostateczna sytuacja. Taki obraz stał się najszybszym i najłatwiejszym rozwiązaniem.

Dzieci potrzebują uwagi opiekunów. Po prostu zwykłej obecności i zainteresowania. Czasami naprawdę wystarczy wspólna rozmowa, spojrzenie za okno, zainicjowanie gry słownej albo opowiadanie dzieciom o tym, co jest za oknem albo gdzie jedziemy. To może zdziałać więcej niż kolejna bajka odtwarzana na ekranie.

Rodzicielstwo jest męczące, czasami bardzo. Ale to wciąż nasze dzieci, za które jesteśmy odpowiedzialni. Nie ma co wymagać, że ktoś inny się nimi zajmie, bo to my jesteśmy za nie odpowiedzialni. Także wtedy, gdy jesteśmy zmęczeni, przebodźcowani i marzymy tylko o chwili ciszy.

Może właśnie w takich zwykłych momentach, podczas podróży pociągiem, najlepiej widać, jak bardzo dzieci potrzebują nie smartfona, ale rodzica.