tata z dzieckiem w metrze
Dzieci w komunikacji miejskiej przeszkadzają wielu pasażerom. fot. lucas Favre/Unsplash

Wielu rodziców przyznaje, że odczuwa lęk przed podróżowaniem komunikacją miejską z dziećmi. Powodem nie jest tylko zachowanie maluchów, ale przede wszystkim reakcje innych pasażerów i ciągłe poczucie bycia ocenianym. Historia jednej mamy pokazuje, jak silny może być ten stres.

REKLAMA

Wielokrotnie pisaliśmy o tym, że rodzice we współczesnej rzeczywistości są czasami traktowani naprawdę źle. Mowa tu głównie o przestrzeniach publicznych, w których polscy rodzice często doświadczają braku życzliwości, nieprzyjemnych, oceniających spojrzeń, a nawet uszczypliwych komentarzy.

Trzeba sobie powiedzieć głośno, że takie społeczne podejście do dzieci i rodzin nie wzięło się z powietrza – wielu rodziców, którzy źle rozumieją brak kultury i bezstresowe wychowanie i nie stawiają dzieciom granic, na pewno zapracowało na taki odbiór społeczny. Nie jestem jednak za tym, żeby generalizować i wszystkich ojców oraz matki wrzucać do jednego worka.

Sama jako mama – mimo że moje dzieci raczej należą do tych cichych i spokojnych w przestrzeniach publicznych – spotkałam się z oceniającym wzrokiem. Mierzyłam się też z poczuciem winy z powodu np. głośnego płaczu czy krzyków synów, kiedy jeździliśmy komunikacją miejską.

Rodzice i lęk przed podróżą z dzieckiem

O tym, jak bardzo rodzice obawiają się reakcji pasażerów, napisała też ostatnio na Threads użytkowniczka o nicku @victoria.shift.

„Bałam się jeździć komunikacją z dzieckiem. Przyznam szczerze, że pierwsze 2-3 razy to był dla mnie ogromny stres. A co jeśli będzie płakać? A czy zdążę wysiąść? Do dziś czasami czuję lęk. Ze dwa razy płakał w pociągu tak mocno, że musiałam trzymać go na rękach i jednocześnie nogą blokować wózek, żeby nie odjechał, bo... popsułam hamulce [...]" – wspomina kobieta. Do wpisu dołączyła fotografię mamy z wózkiem czekającej na pociąg na peronie warszawskiego metra.

Osądy i nieżyczliwe komentarze — dlaczego rodzice się boją?

Pod postem matki pojawiło się wiele komentarzy – od takich, w których internauci dziwią się, jak można bać się podróżowania z dzieckiem środkami komunikacji publicznej ("Nie wiedziałam, że można mieć takie lęki. Podróżowałam z córką tylko komunikacją publiczną, od metra po samolot"), po wyznania, że nie jest jedyną mamą, która się tego obawia ("Mam to samo. W aucie mam o wiele więcej luzu psychicznego").

Jako rodzic, któremu zdarzyło się usłyszeć mało przychylne komentarze i widzieć oceniający wzrok, zupełnie nie dziwię się innym rodzicom, że czują lęk przed podróżowaniem z dzieckiem. Kwestię tę rozważaliśmy już przy okazji historii o płaczących dzieciach i zmęczonej matce w pociągu, która wyraźnie pokazała, jak bardzo brakuje nam w przestrzeni publicznej empatii i wyrozumiałości. Niestety żyjemy w czasach, w których wszyscy się spieszymy – brakuje nam czasu, ale też cierpliwości i życzliwości dla obcych w przestrzeni publicznej.

Z drugiej strony wiele osób spotkało się również z bardzo roszczeniowym podejściem niektórych rodziców, którzy pozwalają dzieciom na zbyt wiele, nie stawiając granic, więc nie ma się też co dziwić, że części osób tej życzliwości brakuje. To złożony problem, którego rozwiązanie nie jest proste.

Gdy normalne zachowanie dziecka staje się „patologią"

Jakiś czas temu publikowałam film, w którym pewien pasażer pociągu normalne odgłosy zabawy dzieci w czasie podróży nazwał z oburzeniem „patologią". Nagranie z pociągu podzieliło ludzi i wywołało gorącą dyskusję o tym, komu w przestrzeni publicznej należy się więcej wyrozumiałości. Nie dziwię się więc rodzicom, że – jeśli tylko mogą – unikają jeżdżenia pociągami czy autobusami.

Co ciekawe, rosnąca skala podobnych lęków i napięć społecznych staje się coraz poważniejszym zjawiskiem. Jak wskazują lekarze pierwszego kontaktu, Polacy coraz częściej szukają pomocy w zakresie zdrowia psychicznego — i rośnie w tym udział przewlekłego stresu oraz napięcia związanego właśnie z codziennym funkcjonowaniem w przestrzeni publicznej.

Wspólna przestrzeń — dla dzieci i dorosłych

Na końcu jednak warto zadać sobie pytanie, czy naprawdę chcemy żyć w społeczeństwie, w którym obecność dzieci w przestrzeni publicznej budzi lęk i napięcie – zamiast zrozumienia. Doskonale opisuje to sytuacja, gdy płacz dziecka w miejscu publicznym sprawia, że rodzic czuje się jak intruz — a nie jak ktoś, kto po prostu jest częścią tej samej rzeczywistości, co wszyscy inni pasażerowie.

Dzieci są częścią społeczeństwa, a ich emocje, hałas czy potrzeby nie znikną tylko dlatego, że komuś przeszkadzają. Być może zamiast kolejnych ocen przydałoby się więcej empatii – zarówno wobec zmęczonych rodziców, jak i współpasażerów. Tylko wtedy ta codzienna, wspólna przestrzeń stanie się naprawdę wspólna dla wszystkich.