
Lekcje na dwie zmiany od lat są codziennością dla tysięcy uczniów w Polsce. MEN przyznaje, że problem nadal istnieje, ale przekonuje, że będzie stopniowo zanikał wraz ze spadkiem liczby dzieci. Czy niż demograficzny rzeczywiście rozwiąże kłopot, z którym przez lata mierzyli się dyrektorzy, rodzice i uczniowie? A czy tego przypadkiem nie powinien rozwiązywać resort edukacji?
Szkoły od lat pracują w systemie zmianowym
Od kilku lat wiele szkół, które borykają się z nadmierną liczbą uczniów, funkcjonuje w systemie zmianowym. Oznacza to, że w placówkach, gdzie na każdym poziomie nauczania działa kilka klas, dyrekcja układa plan lekcji w taki sposób, aby podzielić uczniów na dwie zmiany.
Dzięki temu wszyscy mogą korzystać z ograniczonej liczby sal lekcyjnych, a jednocześnie realizować obowiązującą podstawę programową. W praktyce część uczniów rozpoczynała zajęcia o godzinie 8:00, a inni dopiero około 12:30. Gdy jedne klasy kończyły lekcje, kolejne dopiero je rozpoczynały.
Taki model organizacji nauki od wielu lat funkcjonuje zarówno w szkołach podstawowych, jak i ponadpodstawowych, przede wszystkim z powodu przepełnienia placówek.
Co istotne, Ministerstwo Edukacji Narodowej nigdy nie wydało rozporządzenia wprowadzającego naukę dwuzmianową. Jest to rozwiązanie wypracowane przez dyrektorów szkół, którzy w ten sposób starają się zapewnić wszystkim uczniom odpowiednią liczbę godzin zajęć niezbędnych do realizacji programu nauczania.
MEN: problem istnieje, ale nie jest powszechny
Temat organizacji pracy szkół w systemie dwuzmianowym trafił niedawno do Sejmu za sprawą poselskiej interpelacji. Odpowiedziała na nią Katarzyna Lubnauer, wiceminister edukacji, która przyznała, że zjawisko nadal występuje, jednak ma ograniczony charakter i nie jest powszechne.
"Sytuacja szkół pracujących na dwie zmiany dotyczy głównie dużych ośrodków miejskich, a często gmin położonych przy tych ośrodkach, które nie zapewniają wystarczającej infrastruktury oświatowej. Zatem problem wielozmianowości zależy przynajmniej od kilku czynników, głównie związanych z liczebnością uczniów, nauczycieli, kumulacją roczników oraz bazą lokalową, którą dysponuje szkoła" – wyjaśniła Lubnauer w odpowiedzi na interpelację.
Wiceminister zaznaczyła również, że resort nie planuje podejmowania szczególnych działań w tej sprawie. Argumentowała to przede wszystkim postępującym kryzysem demograficznym, który sprawia, że liczba uczniów w szkołach będzie systematycznie maleć. Zwróciła uwagę, że przepisy dotyczące małych szkół umożliwiają wykorzystywanie budynków szkolnych do organizowania innych aktywności w godzinach popołudniowych właśnie z powodu zmniejszającej się liczby zajęć lekcyjnych.
Według danych przedstawionych przez MEN liczba dzieci w wieku 7-14 lat zmniejszy się do 2029 roku o około 5 proc., a do 2034 roku o blisko 20 proc.
Problem rozwiąże demografia, ale czy to wystarczy?
Jak podkreśliła Lubnauer: "Tendencje te będą skutkowały stopniowym zmniejszaniem liczby uczniów korzystających z infrastruktury edukacyjnej, a tym samym ograniczaniem obciążenia organizacyjnego szkół. W konsekwencji należy oczekiwać, że ewentualne przypadki organizacji zajęć, które mogłyby być postrzegane jako zbliżone do pracy w systemie dwuzmianowym, będą stopniowo traciły na znaczeniu wraz ze zmniejszaniem się liczby uczniów".
Z jednej strony trudno nie uznać tego za dobrą wiadomość dla dyrektorów, rodziców i samych uczniów. Nauka do późnych godzin popołudniowych od lat budzi kontrowersje i jest dużym utrudnieniem dla rodzin. Z drugiej strony trudno oprzeć się wrażeniu, że problem powinien zostać rozwiązany znacznie wcześniej, a nie dopiero w momencie, gdy zaczyna go łagodzić spadek liczby dzieci.
Warto przypomnieć, że zgodnie z rozporządzeniem Ministra Edukacji i Sportu dyrektorzy szkół powinni tak planować zajęcia, aby uczniowie byli równomiernie obciążeni obowiązkami edukacyjnymi w ciągu całego tygodnia. W praktyce jednak, gdy szkoła dysponuje określoną liczbą sal i nauczycieli, a liczba uczniów znacząco przekracza możliwości lokalowe placówki – jak miało to miejsce choćby podczas przyjęcia do szkół średnich tzw. półtorarocznego rocznika – dyrektorzy mają bardzo ograniczone pole manewru.
Bez systemowych rozwiązań przygotowanych przez MEN szkoły często nie mają innego wyjścia niż organizowanie nauki na dwie zmiany. Trudno uznać to za korzystne dla uczniów, którzy kończą zajęcia późnym popołudniem, mimo że badania od lat wskazują, iż przyswajanie wiedzy jest najbardziej efektywne w godzinach porannych.
Dlatego dzisiejsze zapewnienia resortu, że problem będzie stopniowo zanikał wraz ze spadkiem liczby uczniów, mogą budzić mieszane odczucia. Niska dzietność jest bowiem poważnym wyzwaniem społecznym, a fakt, że przy okazji ograniczy ona problem nauki zmianowej, nie zmienia pytania o to, dlaczego wcześniej nie podjęto działań, które mogłyby poprawić sytuację szkół niezależnie od niekorzystnych trendów demograficznych.
Źródło: samorzad.pap.pl, legislacja.rcl.gov.pl
Zobacz także




