para z psem i małym dzieckiem na spacerze
Młodzi ludzie nie chcą zakładać rodzin nie tylko z powodu braku żłobków. fot. Jose Manuel Esp/Unsplash

W Polsce pogłębia się kryzys demograficzny, a liczba urodzeń od lat spada do rekordowo niskich poziomów. Rząd podkreśla jednak dynamiczny wzrost liczby miejsc w żłobkach i przedstawia go jako ważny element polityki prorodzinnej. Pojawia się pytanie, czy to rzeczywiście odpowiada na realne przyczyny niskiej dzietności.

REKLAMA

Premier chwali się liczbą miejsc w żłobkach

W Polsce w ostatnich latach mamy do czynienia z pogłębiającym się kryzysem demograficznym. Od kilku lat rodzi się rekordowo mało dzieci – nie ma już zastępowalności pokoleniowej, a nasze społeczeństwo się starzeje. Widać to już wyraźnie w przedszkolach i szkołach, w których po prostu jest coraz mniej dzieci.

Tymczasem rząd chwali się tym, że w ostatnich latach liczba miejsc w żłobkach rekordowo wzrosła. W ciągu ostatnich trzech lat, od 2023 roku, liczba miejsc w żłobkach znacząco się zwiększyła.

Jak podaje "Business Insider": "w grudniu 2023 r. liczba miejsc w żłobkach wynosiła ponad 226 tys. miejsc, w kwietniu 2026 r. prawie 272 tys. miejsc, a celem na koniec 2026 r. jest łącznie 326 tys. miejsc".

Koalicja Obywatelska podkreśla, że za czasów jej rządów pojawiło się ok. 100 tys. nowych miejsc w placówkach opiekuńczych dla dzieci do 3. roku życia. "Oznacza to, że blisko 80 proc. dzieci w wieku żłobkowym będzie miało dostęp do miejsca żłobkowego" – powiedział premier.

Więcej żłobków z rządowego programu

Warto dodać, że sukcesywne zwiększanie liczby placówek i miejsc w już istniejących żłobkach jest elementem polityki prorodzinnej prowadzonej od kilku lat. Program Maluch+, który w 2023 roku zastąpiono "Aktywnym Maluchem", ma trwać do 2029 roku i zakłada rozwój istniejących placówek, ale również tworzenie publicznych żłobków w tych częściach Polski, gdzie dostęp do opieki nad dziećmi do lat 3 jest utrudniony.

Tusk poinformował, że pod koniec 2023 roku w kraju było 1105 gmin bez samorządowych żłobków, a w 2026 roku liczba ta spadła do 717. Prognozy wiceministry rodziny Aleksandry Gajewskiej wskazują, że w niedługim czasie takich gmin pozostanie tylko 500.

Premier dodał jednak, że dostrzega poważny problem związany z niską dzietnością i liczy na to, że nowe miejsca w żłobkach sprawią, iż młodzi ludzie bez obaw o opiekę nad dziećmi będą decydowali się na powiększanie rodzin.

"Mamy taką satysfakcję, że tych miejsc żłobkowych niedługo będzie prawie 1 do 1. To znaczy tyle, ile urodzeń, tyle będzie miejsc żłobkowych. Ale nie tylko dlatego, że tak intensywnie budujemy żłobki, ale też dlatego, że rodzi się mniej dzieci" – powiedział.

To ma być rządowe rozwiązanie na kryzys demograficzny?

Patrzę na te dane i z jednej strony naprawdę rozumiem sens inwestowania w żłobki. Dla wielu młodych ludzi brak miejsca w placówce jest realnym problemem i jednym z powodów odkładania decyzji o dziecku. Trudno myśleć o powiększaniu rodziny, kiedy kobieta nie wie, czy po urlopie będzie mogła wrócić do pracy, a rodzice zostaną bez żadnego wsparcia w opiece nad maluchem.

W mniejszych miejscowościach przez lata brak żłobka oznaczał często konieczność rezygnacji z pracy przez matkę, bo nie każdy ma rodzinę do pomocy. Dlatego większa liczba miejsc może częściowo poprawić sytuację i sprawić, że niektórzy poczują się bezpieczniej.

Mam jednak wrażenie, że politycy próbują dziś sprzedać Polakom bardzo uproszczoną wizję problemu. Tak jakby wystarczyło wybudować więcej żłobków, a młodzi od razu zaczną masowo decydować się na dzieci. Paradoks całej tej sytuacji polega na tym, że rząd chwali się nowymi miejscami w placówkach, podczas gdy w wielu już istniejących żłobkach miejsca pozostają wolne, bo po prostu rodzi się coraz mniej dzieci.

Młodzi często żyją od wypłaty do wypłaty, pracują na umowach zleceniach albo kontraktach, które nie dają poczucia stabilności. Wiele kobiet boi się, że po zajściu w ciążę zostanie bez pracy albo będzie zarabiało dużo mniej.

Do tego dochodzą gigantyczne ceny mieszkań i kredytów. Coraz więcej osób wynajmuje mieszkania i nie czuje się w nich na tyle bezpiecznie, by planować rodzinę. Trudno budować poczucie stabilizacji, kiedy właściciel mieszkania może wypowiedzieć umowę, a rata kredytu pochłania większość pensji.

Mam też wrażenie, że młodzi ludzie są dziś zwyczajnie zmęczeni ciągłą niepewnością. Słyszą o kryzysach, drożyźnie, problemach na rynku pracy i coraz częściej dochodzą do wniosku, że rodzicielstwo to ogromne ryzyko finansowe i psychiczne. Państwo natomiast skupia się głównie na ogłaszaniu kolejnych programów i chwalenia się liczbami.

Oczywiście, dostęp do żłobków jest ważny, ale nie można udawać, że to rozwiązanie wszystkich problemów. Bez poprawy warunków życia młodych ludzi, bez stabilnej pracy, mieszkań i poczucia bezpieczeństwa samo zwiększanie liczby miejsc w żłobkach nie sprawi nagle, że w Polsce zacznie rodzić się więcej dzieci.