
Coraz częściej nie można już zwrócić uwagi dziecku bez ryzyka konfliktu z jego rodzicami. Osiedlowa historia mojej znajomej z redakcji, gdzie nastolatki rzucały kamieniami w samochody, pokazuje, jak zmienia się podejście do wychowania i odpowiedzialności. Czy w obronie dzieci nie poszliśmy już o krok za daleko?
Drodzy rodzice, Wasze dzieci są ok. To wy jesteście problemem
Bycie rodzicem w dzisiejszych czasach nie jest łatwe. Rodzice są oceniani na każdym kroku. Krytykuje się ich wybory, sposób wychowania dzieci, a nawet to, co wkładają im do śniadaniówki. W mediach społecznościowych wystarczy jedno zdjęcie lub jeden komentarz, aby rozpętała się burza.
Nie dziwi więc, że wielu rodziców jest zmęczonych ciągłym ocenianiem i staje w obronie swoich dzieci przy każdej okazji. Sama zwykle jestem tą, która w sytuacjach społecznych bardzo broni rodziców.
Kiedy obrona dziecka zamienia się w zaprzeczanie
Problem pojawia się wtedy, gdy ta obrona rodzicielska zamienia się w przekonanie, że ich dziecko nigdy nie robi nic złego, a każda uwaga ze strony innych jest atakiem.
Przypomniała mi o tym historia ze wspólnoty mieszkaniowej mojej redakcyjnej koleżanki. Opowiedziała, że mieszkanka jej zauważyła grupę nastolatków wspinających się na instalacje wentylacyjne na parkingu podziemnym. Dzieci nie tylko narażały własne zdrowie, ale również rzucały kamieniami w zaparkowane samochody.
Zrobiła zdjęcie i poprosiła rodziców osób ze zdjęcia o rozmowę z nastolatkami. Nie po to, żeby kogokolwiek publicznie zawstydzić. Poprosiła jedynie, aby rodzice zwrócili uwagę dzieciom i wyjaśnili im, że takie zachowanie jest niebezpieczne, a dodatkowo może skończyć się uszkodzeniem czyjejś własności.
Reakcje części mieszkańców były zaskakujące. Zamiast zastanowić się nad zachowaniem młodzieży, skupiono się na krytykowaniu autorki postu. Pojawiły się komentarze sugerujące, że ma zbyt dużo wolnego czasu, że dzieci przecież tylko się bawią i że zamiast robić zdjęcie, powinna była sama zwrócić im uwagę.
Policja wezwana na ochroniarza
Dwa tygodnie później miała miejsce inna sytuacja. Znajoma opowiedziała, że osiedlowy ochroniarz zwrócił uwagę innym dzieciom, które bawiły się w sposób zagrażający bezpieczeństwu. Tym razem jeden z rodziców tych dzieci postanowił wezwać na niego policję.
To pokazuje coś znacznie poważniejszego niż zwykły sąsiedzki konflikt. Coraz częściej dochodzimy do sytuacji, w której nie wolno już zwrócić uwagi dziecku. Nie chodzi o przemoc, agresję, jakieś ataki wobec dziecka, które jest bezbronne. Chodzi o spokojne zwrócenie uwagi, że zachowanie dziecka w przestrzeni publicznej to przekroczenie granic, ale również zachowanie, które może doprowadzić do niebezpiecznych sytuacji.
Dziś okazuje się, że nie wolno poinformować rodzica o niewłaściwym zachowaniu jego syna czy córki. Nie wolno oczekiwać, że rodzic zainteresuje się problemem. Każda uwaga jest traktowana jak osobisty atak. Nic dziwnego, że mówi się wprost, iż rodzice tracą cierpliwość, a dzieci hałasują wszędzie, bo granice wychowania zniknęły.
Wspólna przestrzeń to wspólna odpowiedzialność
Tymczasem życie w społeczeństwie zawsze wymaga kompromisów. Jeśli komuś przeszkadza obecność dzieci, powinien unikać miejsc, w których naturalnie się pojawiają – w końcu istnieją już miejsca bez dzieci w Polsce, gdzie można odpocząć lub zjeść bez nich.
Place zabaw, osiedla mieszkaniowe, parki czy galerie handlowe nie są strefami wyłącznie dla dorosłych. Dzieci mają prawo być głośne, płakać, biegać, śmiać się i zajmować przestrzeń, bo są częścią społeczeństwa, a takie zachowania są dla nich naturalne.
Ale działa to również w drugą stronę.
Zasady obowiązują też nastolatków
Dzieci nie są zwolnione z obowiązku przestrzegania zasad. Nie mówimy tu o nieświadomych 2-latkach, które uczą się życia społecznego. Tu mowa o starszych dzieciakach, nastolatkach. Oni nie mogą niszczyć wspólnego mienia, stwarzać zagrożenia dla siebie i innych ani utrudniać życia wszystkim wokół.
To właśnie rolą rodziców jest nauczenie ich podstaw kultury, szacunku dla innych ludzi oraz odpowiedzialności za własne zachowanie. Badania są tu jednoznaczne – dzieci potrzebują nie kar, ale granic. A jeśli rodzice tego nie pilnują, to czasami bywa i tak, że ktoś, kto się czuje odpowiedzialny społecznie, też im zwróci uwagę i ma takie prawo.
Wspieranie to nie usprawiedliwianie wszystkiego
Coraz częściej można odnieść wrażenie, że część dorosłych pomyliła wspieranie dziecka z bezwarunkowym usprawiedliwianiem wszystkiego, co robi. Nastolatkom nie stawia się granic i nie wymaga się od nich odpowiedzialności. Nie pozwala się im ponosić konsekwencji własnych działań.
A kiedy te konsekwencje pojawiają się z zewnątrz, natychmiast rozpoczyna się walka o udowodnienie, że winni są wszyscy inni, tylko nie ich idealny synek czy zawsze poukładana córeczka. Nie bez powodu wiele osób pyta, dlaczego dorośli w Polsce nie lubią dzieci – często źródłem niechęci jest właśnie roszczeniowa postawa opiekunów, a nie same dzieci.
Paradoks polega na tym, że takie podejście wcale nie pomaga dzieciom, wręcz przeciwnie. Świat poza domem rodzinnym nie będzie ich traktował jak wyjątkowych istot, którym wszystko wolno. Prędzej czy później spotkają ludzi, którzy oczekują przestrzegania zasad, szacunku dla innych i odpowiedzialności za własne decyzje. Na tym polega dorosłość.
Wychowywać, a nie tylko bronić
Dlatego może warto czasem odłożyć na bok rodzicielskie emocje i spojrzeć na sytuację bardziej obiektywnie. Nie każda uwaga pod adresem dziecka jest atakiem. Nie każdy sąsiad zgłaszający problem jest wrogiem dzieci.
Nie każdy ochroniarz zwracający uwagę młodym mieszkańcom osiedla jest ich prześladowcą. Bo prawdziwe wychowanie to nie tylko miłość, to też odwaga, by reagować na złe zachowania swojego dziecka.
Większość dzieci naprawdę jest w porządku. Potrzebują jednak dorosłych, którzy będą je wychowywać, a nie wyłącznie bronić. Bo wolność jednego człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego. Ta zasada dotyczy zarówno dorosłych, jak i dzieci. A może przede wszystkim rodziców.
Zobacz także




