
Pierwsza Komunia Święta coraz częściej przypomina małe wesele, w którym sakrament schodzi na dalszy plan. Zamiast prostoty i rodzinnego spotkania pojawia się presja organizacyjna, dekoracje i kolejne "must have" z listy oczekiwań. Jednym z najnowszych trendów są prezenty dla gości, które u mnie budzą zdziwienie.
Komunia już teraz przypomina małe wesele
Jestem mamą dwójki dzieci i choć moi synowie do Pierwszej Komunii Świętej mają jeszcze trochę czasu, temat ten i tak powraca do mnie regularnie. Nie tylko dlatego, że wśród znajomych i w rodzinie co roku ktoś przez to przechodzi, ale też dlatego, że trudno dziś nie zauważyć, jak bardzo zmienił się charakter tego wydarzenia.
Patrzę na to z boku, również zawodowo, bo często piszemy o presji rodziców na to wydarzenie rodzinne i coraz częściej mam wrażenie, że sakrament stał się jedynie punktem wyjścia do konsumpcyjnego maratonu.
Już jakiś czas temu pisałam o tym, że rezerwowanie sal i restauracji na komunię trzy lata wcześniej zaczyna przypominać planowanie wesela z dużym wyprzedzeniem. Wtedy wydawało mi się to przesadą, dziś widzę, że to dopiero początek całej układanki. Bo sama rezerwacja miejsca to tylko pierwszy krok w długiej liście przygotowań, które z duchowym wymiarem wydarzenia mają w sumie niewiele wspólnego.
Coraz częściej zaskakuje mnie to, jak rozbudowana stała się oprawa całej uroczystości. Nie chodzi już tylko o elegancki obiad w restauracji czy spotkanie w gronie rodziny. Pojawiają się wynajęte samochody, dmuchańce dla dzieci, specjalnie przygotowane ścianki do zdjęć, dekoracje, które spokojnie mogłyby konkurować z wystrojem na sali weselnej.
Mam wrażenie, że wiele z tych elementów nie wynika z realnej potrzeby uroczystości, ale raczej z presji otoczenia, z niepisanego konkursu, kto zrobi swojemu dziecku lepszą komunię.
Po co komu magnesy i inne komunijne "durnostojki"?
Ostatnio natknęłam się w mediach społecznościowych na dyskusję o jeszcze jednym zwyczaju, który mnie szczególnie zdziwił. Chodzi o prezenty dla gości, czyli swoiste podziękowania wręczane przez rodziców dziecka. W zamyśle mają one być miłym gestem, pamiątką tego dnia, ale w praktyce przybierają formy, które trudno mi zrozumieć.
Magnesy na lodówkę ze zdjęciem dziecka i datą komunii, personalizowane drobiazgi, breloczki, ozdobne upominki, które mają przypominać o wydarzeniu osobom, które często widzą dziecko dwa razy w roku. Po co cioci magnes ze zdjęciem waszego dziecka? Ona sama pewnie w ogóle nie ma ochoty takiego na lodówce wieszać.
Zastanawiam się wtedy, komu właściwie ma to służyć. Jeśli ktoś nie ma przestrzeni na takie rzeczy, to taki prezent szybko staje się po prostu kolejnym przedmiotem, który trzeba gdzieś upchnąć albo wyrzucić. Trudno mi w tym znaleźć sens, szczególnie że jednocześnie tak często słyszy się narzekania na koszty komunii i rosnącą presję finansową z nią związaną.
Mam wrażenie, że w tym wszystkim gubimy proporcje. Zamiast skupić się na przeżyciu religijnym, spotkaniu rodzinnym i znaczeniu samego sakramentu, coraz więcej energii wkładamy w dodatki, które mają robić wrażenie. Tylko że to wrażenie jest krótkotrwałe, a rachunki i zmęczenie zostają na długo. Czasem zastanawiam się, czy to jeszcze potrzeba dziecka i rodziny, czy już bardziej wyścig, w którym nikt nie chce zostać w tyle.
Nie chcę być osobą, która z góry ocenia wszystkich rodziców, bo wiem, że każdy działa w pewnym kontekście i często pod presją oczekiwań np. rodziny. I uczciwie przyznaję, że nie wiem, jak sama zachowałabym się, gdyby moje dzieci przystępowały do Pierwszej Komunii już teraz. Być może i mnie porwałaby ta fala przygotowań. Mam jednak nadzieję, że nie. I że uda mi się zachować zdrowy dystans.
Może właśnie w tym tkwi problem, że jako rodzice sami nakręcamy spiralę oczekiwań. Chcemy, żeby było ładnie, wyjątkowo, jak u innych, a w efekcie dochodzimy do miejsca, w którym trudno już odróżnić uroczystość religijną od bardzo kosztownej imprezy rodzinnej (a przecież między komunią a weselem jest przepaść).
A potem dziwimy się, że komunia jest droga, choć większość tych wydatków wynika z decyzji, które podejmujemy sami. Coraz częściej myślę, że warto byłoby w tym wszystkim po prostu zwolnić, nie uważacie? Może jeśli my zwolnimy, to otoczenie też zrozumie, że ta presja komunijna naprawdę zrobiła się chora.
Zobacz także
