
Mężczyźni coraz częściej chcą być zaangażowanymi ojcami, a nie tylko "pomocnikami" matek. Współczesne ojcostwo to także bliskość, emocje i realne uczestnictwo w wychowaniu dzieci. Problem w tym, że wciąż zbyt często nie pozwalamy im w pełni wejść w tę rolę i stąd wiele frustracji między matkami i ojcami.
Mężczyźni często chcą być zaangażowanymi ojcami
Bycie ojcem to wyjątkowa rola, na którą wielu mężczyzn nie zawsze jest gotowych. Właściwie wiele kobiet też nie jest – o czym najczęściej dowiadujemy się już po fakcie, kiedy dostajemy po porodzie dziecko na ręce. Na rodzicielstwo można się przygotować w teorii, ale praktyka pokazuje, że to wszystko, co wiemy, nagle nie pomaga w niczym.
Kobiecie może być (choć nie musi) o tyle łatwiej w to wejść, że przechodzi ciążę, czuje w swoim ciele zmiany, które pomagają jej się mentalnie na to przygotować. W przypadku mężczyzn jest trochę trudniej – i część osób wykorzystuje to, mówiąc o tym, że panowie są uprzywilejowani.
Tymczasem bycie ojcem, szczególnie w dzisiejszym świecie, kiedy tak walczymy o równość płci, może być przepiękną przygodą. Warunkiem jest to, by sobie na to pozwolić, być zaangażowanym partnerem i tatą i nie dać się zaszufladkować.
Wiem, to wszystko brzmi bardzo górnolotnie, ale takie mam przemyślenia odnośnie współczesnego ojcostwa. Dokładnie o tym samym jakiś czas temu na Facebooku napisał autor bloga Ojcowizja, prywatnie tata Tadeusza i Michaliny.
Mężczyzna zauważa tam, że tata to nie jest pomocnik mamy w wychowaniu i opiece nad dziećmi. To pełnoprawny rodzic, który często tak samo mocno przeżywa ciążę, poród, problemy rozwojowe czy wychowawcze dziecka.
"[...] ostatecznie nie przeżywałeś męki porodu, bo to nie Twoje ciało szalało od hormonów, ruchów dziecka, otwierającej się miednicy czy wielu innych rzeczy. Tylko że stałeś obok, patrzyłeś na nią i powtarzałeś sobie w sercu: 'Na Boga! Wziąłbym to na siebie, tylko żeby ją już przestało boleć'" – czytamy w jego wpisie.
Zobacz także
Musimy im tylko na to pozwolić
Chodzi o to, że dziś ojcowie bardzo często mają piękne relacje z dziećmi – są zaangażowani, wrażliwi, pomocni. Nie powinniśmy generalizować i wrzucać wszystkich do jednego worka tylko dlatego, że niektórzy panowie zostawiają kobiety z dzieckiem albo wolą być w pracy zamiast angażować się w opiekę.
"To, że część osobników naszego plemienia zostawiła swoje kobiety i dzieci, nie upoważnia nikogo do rozciągania takiego obrazu na wszystkich mężczyzn. Jest olbrzymia grupa chłopaków, którzy postawili całe swoje życie na szali rodzicielstwa. I nie, nie są pomocnikami, nie są opiekunami drugiej kategorii (nawet jeśli dziecko naturalnie, biologicznie i emocjonalnie jest bardziej przywiązane do matki)" – zauważa autor wpisu.
Myślę, że tu kluczem jest zaprzestanie oceniania z góry i po prostu pozwolenie panom na to, by takimi ojcami byli. Jako kobieta i matka wiem, że często bierzemy wszystko na siebie i narzekamy, że nikt nam nie pomaga. Często jednak w takich sytuacjach łapię się na tym, że wiele z nas po prostu nie pozwala ojcom swoich dzieci na bycie zaangażowanymi.
Wyręczamy, odbieramy obowiązki, robimy coś za nich, bo wydaje nam się, że zrobimy to najlepiej i najszybciej. A co, jeśli czasami byśmy odpuściły i coś będzie zrobione inaczej (nawet nie gorzej, tylko inaczej)? Świat się nie zawali, a partner będzie miał okazję pokazać, że jednak jest świetnym, zaangażowanym ojcem — jeśli mu na to pozwolimy.
"Nie trzeba nas podziwiać, bo robimy codzienne rzeczy razem z dziećmi: że jeździmy autobusem, robimy z nimi zakupy, siedzimy na placu zabaw czy wygłupiamy się, robiąc z siebie na oczach ludzi kogoś niepoważnego. Ale jak już to robimy, to nie musimy słuchać: 'Bo jak kobieta to robi, to nikt nie klaszcze'. Ja też nie chcę, żeby mi klaskali, jak coś. Nie musimy siebie sobie przeciwstawiać" – podkreśla na koniec autor bloga.
Na koniec warto sobie uświadomić jedną rzecz: dobre rodzicielstwo nie polega na rywalizacji ani na udowadnianiu, kto robi więcej i lepiej. To raczej wspólna droga, na której uczymy się siebie nawzajem – jako partnerzy i jako rodzice. Kiedy przestaniemy się porównywać i zaczniemy naprawdę współpracować, zyskają na tym wszyscy – i dzieci, i my sami.
