rodzice z dziećmi w restauracji
Rodzice często źle rozumieją pojęcie "bezstresowego wychowania". fot. cottonbro studio/Pexels

Dzieci w przestrzeni publicznej uczą się życia i odkrywają świat – czasem głośno, czasem nieporadnie. Problemem rzadko są same maluchy, a brak reakcji i granic ze strony rodziców. Wyrozumiałość wobec dzieci idzie w parze z odpowiedzialnym rodzicielstwem, które uczy zasad współżycia społecznego.

REKLAMA

Dzieci w przestrzeni publicznej uczą się życia

W dzisiejszym świecie coraz mniej młodych osób decyduje się na rodzicielstwo. Potwierdzają to zarówno statystyki, jak i dane dotyczące liczby urodzeń w Polsce. Im mniej dzieci w przestrzeni publicznej, tym – mam wrażenie – trudniej społeczeństwu zrozumieć i zaakceptować ich naturalne zachowania.

Jako społeczeństwo mamy coraz rzadszy kontakt z dziećmi, bo nie każdy decyduje się na ich posiadanie i nie wszyscy mamy je w swoim najbliższym otoczeniu. Stąd bierze się coraz większy brak zrozumienia dla tego, że dzieci – szczególnie niemowlaki i maluchy do 3. roku życia – czasami się złoszczą, krzyczą, płaczą czy brudzą dookoła siebie.

Wymagamy od nich zachowania na poziomie dorosłych, którzy znają zasady funkcjonowania w społeczeństwie, mają w pełni wykształcony mózg i większą świadomość swoich emocji. Dorośli dużo lepiej radzą sobie też z samodzielnością, choćby z jedzeniem przy pomocy sztućców.

Wielu dorosłych nie rozumie (albo po prostu nie zdaje sobie z tego sprawy), że małe dzieci dopiero uczą się życia i w wielu sytuacjach są jeszcze nieporadne oraz niedoskonałe. W przestrzeni publicznej to nie one jednak najczęściej są problemem, lecz ich dorośli opiekunowie. Świetnie napisał o tym Serafin Pęzioł, twórca cyfrowy i satyryk, który często zabiera głos w różnych społecznych tematach.

W jednym z ostatnich wpisów na Facebooku napisał:

"Na pewno każdy z Was chociaż raz na jakiś czas lubi wyjść do restauracji i zjeść coś dobrego w spokoju – i to jest słowo klucz. Po prostu zjeść, w spokoju... [...] I wtedy pojawia się on. Nie, nie dziecko. Dzieci są spoko. Dzieci robią to, co robią dzieci – biegają, śmieją się, czasem coś przewrócą, bo odkrywają świat. To jest normalne. Pojawia się rodzic-filozof. Ten typ człowieka, który patrzy na swoje dziecko demolujące pół restauracji i mówi z absolutnym spokojem... On tylko tak się bawi, hehe" – opowiada Pęzioł.

Ich rodzice powinni nad nimi czuać

W dalszej części wpisu opisuje sytuacje, które wielu osobom są dobrze znane: dzieci w restauracji biegają, skaczą i śmieją się w głos. I nie chodzi o to, że takie zachowanie kilkulatka jest czymś skandalicznym. Chodzi raczej o to, że rodzic czy opiekun nie zauważa, że nie każda sytuacja społeczna jest odpowiednia do takich zachowań. Nie próbuje zająć dziecku czasu ani postawić granicy wtedy, gdy jego zachowanie staje się uciążliwe lub niebezpieczne dla innych.

Czasami problemem jest choćby to, że dziecko biega, skacze czy tarza się po restauracyjnej podłodze, która przecież nie należy do najczystszych miejsc. Innym razem jego zachowanie może być po prostu niebezpieczne – gdy maluch przewróci się i uderzy brodą, zębami czy czołem albo wbiegnie pod nogi kelnerowi niosącemu gorące dania.

"I ja naprawdę nie mam pretensji do dzieci. Serio. One mają energię jak elektrownia atomowa po trzech sokach jabłkowych. Ale czasem mam wrażenie, że niektórzy rodzice wchodzą w tryb: ja nic nie widzę, ja nic nie słyszę, ja jem makaron, mąż pizzę i dajcie spokój. Dziecko biega, krzyczy, odkrywa akustykę lokalu i odnoszę wrażenie, że zaraz wejdzie przedszkolanka i powie, że rodzice już po nas przyszli. A rodzic spokojnie kroi pizzę i mówi, że on tylko odkrywa świat" – pisze mężczyzna.

I myślę, że właśnie to najbardziej irytuje ludzi w rodzinach z dziećmi w miejscach publicznych. Nie sam fakt obecności malucha, ale to, że niektórzy rodzice nie mają pojęcia, czym jest stawianie granic i mylnie interpretują pojęcie bezstresowego wychowania. Pęzioł trafnie podsumowuje to w swoim wpisie:

"Dzieci są dziećmi. Nikt nie oczekuje, że będą siedzieć jak posągi przez godzinę. To nie jest egzamin z fizyki. Ale gdzieś pomiędzy dziecko ma energię a dziecko właśnie wspina się na cudzy stolik istnieje coś takiego jak reakcja dorosłego człowieka. Bo kiedy mały człowiek prawie wjeżdża mi w kolana z prędkością hulajnogi elektrycznej, a ja słyszę, że chyba pana polubił, to zaczynam się zastanawiać, czy przypadkiem nie wziąłem udziału w jakimś eksperymencie społecznym. Eksperymencie pod tytułem: sprawdźmy, ile człowiek wytrzyma, zanim zacznie jeść burgera w pozycji obronnej".

W całej tej dyskusji warto pamiętać o jednej rzeczy: dzieci mają prawo być dziećmi, ale to dorośli są odpowiedzialni za to, jak one funkcjonują w przestrzeni publicznej. Społeczeństwo powinno mieć więcej wyrozumiałości wobec najmłodszych, bo ich emocje, zachowania czy nieporadność są naturalnym elementem rozwoju.

Jednocześnie rodzice powinni pamiętać, że wychowanie to także uczenie zasad współżycia z innymi. Między akceptacją dziecięcej spontaniczności a całkowitym brakiem reakcji naprawdę istnieje przestrzeń na rozsądne wypośrodkowanie tego wszystkiego.

Czasami naprawdę wystarczy, ze spojrzymy na dziecko, zaproponujemy mu jakąś zabawę, rozmowę, wspólne gry czy spożywanie posiłku – odrobina uwagi naprawdę może sprawić, ze to dziecko nie będzie potrzebowało biegania, skakania i przeszkadzania innym klientom restauracji.