
Płaczą, marudzą, wiercą się – tak, moje dzieci czasem dają się we znaki w restauracji, w kolejce na poczcie czy podczas zakupów. Mimo to zabieram je wszędzie, bo tylko w praktyce uczą się dobrego zachowania w miejscach publicznych. Unikanie takich sytuacji nie nauczy ich niczego wartościowego.
Dorośli w Polsce nienawidzą dzieci
Ostatnio napisałam, że dzieci są coraz mniej mile widziane w przestrzeni publicznej i wtedy się zaczęło. W wiadomościach od czytelników i w komentarzach pod tekstem wylała się fala krytyki.
Niektórzy pisali, że żyję w bańce – że wydaje mi się, że dzieci są zawsze niewinne, a to świat dookoła jest zły, niecierpliwy i niechętny wobec najmłodszych. Inni z kolei zarzucali mi, że nie widzę, jak bardzo rodzice odpuszczają – dają dzieciom wejść sobie na głowę, nie stawiają granic i pozwalają na niekulturalne zachowania.
I wiecie co? Wydaje mi się, że prawda leży gdzieś pośrodku. Bo z jednej strony naprawdę widzę, jak trudno czasem o zrozumienie, gdy dziecko w miejscu publicznym płacze, nudzi się, nie potrafi usiedzieć.
Z drugiej – czytając wiadomości od czytelników – nie da się nie zauważyć, że wielu rodziców po prostu nie reaguje. Dla świętego spokoju ustępuje, ignoruje, udaje, że "samo przejdzie". A dzieci – jak to dzieci – korzystają z okazji, jeśli nikt ich nie uczy, co wypada, a co nie.
"Żyję w bańce z grzecznymi dziećmi"
Dostałam maile od rodziców, którzy pisali wprost: "Mam dość tych, co uważają, że ich dzieci są pępkiem świata", "Sama jestem matką, ale widzę, jak inni kompletnie nie panują nad swoimi dziećmi", "Nie jestem przeciwko dzieciom, tylko przeciwko braku wychowania".
Ale ja wciąż trzymam się tego, co napisałam. Kilka dni temu na Threads wpadłam też przypadkiem na wpis, który też mówi o tym problemie z ciekawej perspektywy, z którą się zgadzam. Pozwólcie, że zacytuję w całości słowa użytkowniczki o nicku graveyard.owl:
"Żeby dzieci umiały się zachować w miejscach publicznych, to trzeba je w te miejsca zabierać i uczyć tego dobrego zachowania. Młodą zabieram prawie wszędzie. Na zakupy, do restauracji i muzeów, jeździmy publicznym transportem...
Oczywiście, że były i będą sytuacje, jak płakała, wierciła się itp. Trudno. Dzisiaj jechałyśmy 40 min busem w jedną stronę i nawet na spokojnie mogłam ubrania w sklepie przymierzyć. Gdybym miała czekać, aż będzie starsza to obie byśmy oszalały".
Podpisuję się pod tym obiema rękami. Sama jestem mamą dwóch chłopców – mają 5 i 7 lat. Od niemowlaka zabierałam ich wszędzie: do kawiarni, urzędów, restauracji, do znajomych, na wystawy, a mąż nawet na zebrania w pracy. I wiecie co? Teraz mogę z nimi pójść niemal wszędzie bez większych problemów.
Dzieci potrzebują nauki przez doświadczanie
Jasne, czasem się nudzą i marudzą. Ale w większości przypadków wiedzą, jak się zachować i potrafią zająć się sobą. A jak nie to zwracam im uwagę albo zmieniamy otoczenie na takie bardziej pod nich dostosowane. Bo oni się inaczej nie nauczą życia społeczeństwie, to trzeba budować za pomocą doświadczeń.
Nie da się nauczyć dziecka życia w społeczeństwie, jeśli będziemy to społeczeństwo omijać szerokim łukiem. Jeśli każde wyjście do sklepu czy do pociągu będziemy odkładać na "potem, jak podrośnie".
Tak, to kosztuje dużo czasu, cierpliwości i czasem trochę wstydu, kiedy dziecko rzuci się na podłogę w dziale z zabawkami. Ale to są momenty, które budują i nas, i dziecko.
Nie chodzi o to, żeby dzieci mogły wszystko. Ale też nie chodzi o to, żeby musiały zniknąć z przestrzeni publicznej, bo komuś przeszkadzają. Potrzebujemy więcej zrozumienia z obu stron. I więcej odpowiedzialności – od rodziców, którzy uczą swoje dzieci, i od dorosłych, którzy pamiętają, że oni też kiedyś byli dziećmi.
Więc nie – nie żyję w bańce. Wiem, że są dzieci, które potrafią nieźle dać w kość. Ale wiem też, że one same się nie nauczą, jak być częścią świata. Musimy im w tym towarzyszyć. Inaczej się nie da.
