
Czy rodzic powinien znać datę urodzenia swojego dziecka, imię jego najlepszego kolegi i nazwisko wychowawczyni? Dla części rodziców pytania zadawane w sądzie podczas spraw o opiekę są absurdalne i niepotrzebne. Dla innych to podstawowa wiedza, która pokazuje, kto naprawdę uczestniczy w życiu dziecka.
Sąd pyta o datę urodzenia dziecka
To, na jakiej podstawie sąd rozstrzyga spory między rodzicami dotyczące opieki nad dziećmi po rozwodzie, można sprawdzić w Kodeksie rodzinnym i opiekuńczym. Oczywiście każda sytuacja jest inna, indywidualna, a podczas rozpraw sąd oraz pełnomocnicy zadają rodzicom szereg pytań. Odpowiedzi mają pokazać, jak bardzo są oni zaangażowani w opiekę nad dziećmi i ich wychowanie.
Na Threads przeczytałam jednak wpis, który poruszył we mnie sporo emocji, bo w wielu punktach zupełnie się z nim nie zgadzam.
Z jednej strony rozumiem, co ta pani ma na myśli. Nie każdy ma głowę do dat czy imion. Nie każdy równie dobrze radzi sobie z rodzinną logistyką. Ale jestem też głęboko przekonana, że każdy rodzic, który jest naprawdę zaangażowany, świadomy i poczuwa się do bycia dobrym ojcem lub dobrą matką, raczej wie, kiedy jego dziecko ma urodziny, jak nazywa się jego najlepszy przyjaciel i co lubi jeść na śniadanie.
W poście powyżej kobieta podała przykład swojego ojca, tylko że zapomniała dodać jedno – chodziło o realia wychowania sprzed trzydziestu lat. Wtedy zaangażowanie ojców w codzienną opiekę nad dziećmi było często dużo mniejsze.
Kobiety zajmowały się domem i wychowaniem, a mężczyźni skupiali się przede wszystkim na zapewnieniu rodzinie bezpieczeństwa finansowego. Nie mówię, że to było złe. Po prostu były inne czasy, inne standardy i inna świadomość.
Zobacz także
Jak można nie wiedzieć nic o synu/córce?
Dziś jednak oczekiwania wobec rodziców są inne. Zaangażowany rodzic, któremu zależy na opiece nad dzieckiem przyznanej przez sąd, powinien wiedzieć, z kim bawi się jego syn czy córka. Powinien znać imię ulubionego pluszaka, wiedzieć, co dziecko lubi jeść na śniadanie. I naprawdę trudno mi zrozumieć, jak można być ojcem lub matką i nie znać daty urodzenia własnego dziecka.
Warto też dodać, że te wszystkie informacje nie są żadną skomplikowaną wiedzą tajemną. To podstawy codzienności. Wiedza, którą zdobywa się nie z notatek w telefonie, ale z rozmów przy stole, z drogi do szkoły, z wieczornego czytania książki czy zwykłego pytania: "Jak było dziś w przedszkolu?".
Bo tak naprawdę nie chodzi tu o same daty czy imiona. Chodzi o coś znacznie ważniejszego – o obecność. O zainteresowanie życiem dziecka, o uważność na jego świat. Jeśli rodzic naprawdę jest blisko swojego dziecka, jeśli zna jego radości, lęki, kolegów i drobne codzienne historie, to nawet jeśli zapomni jakiegoś szczegółu, potrafi o nim opowiedzieć. Potrafi pokazać, że zna swoje dziecko nie z kalendarza, ale z życia.
I być może właśnie o to sąd próbuje zapytać między wierszami. Nie o datę zapisaną w akcie urodzenia, ale o to, kto naprawdę jest obecny w codzienności dziecka. Kto zna jego mały świat – ten prawdziwy, który dzieje się każdego dnia.
