
Milenialsi, nazywani "pokoleniem z kluczem na szyi", od najmłodszych lat musieli być samodzielni i odpowiedzialni. Dziś coraz częściej mówią o konsekwencjach emocjonalnych tamtego dzieciństwa i zjawisku parentyfikacji. Przedwczesna dorosłość wpłynęłaa na to, jak wychowują własne dzieci.
Musieliśmy być samodzielnymi i odpowiedzialnymi dziećmi
Pokolenie lat 80. i 90., dziś określane mianem milenialsów, czyli generacji Y, to dzieci, które wychowywały się w dużej samodzielności. Mówiono o nich "pokolenie z kluczem na szyi", bo wielu z nich już w bardzo młodym wieku musiało być odpowiedzialnych i zaradnych.
To były dzieci, które od pierwszej klasy szkoły podstawowej wracały same do domu, po lekcjach zostawały bez opieki dorosłych, potrafiły odgrzać sobie obiad, a w razie potrzeby zajmowały się młodszym rodzeństwem. Dorastały w czasach, gdy rodzice często byli zmuszeni intensywnie pracować, by zapewnić rodzinie choćby podstawowe bezpieczeństwo finansowe.
Po zmianie ustroju wielu dorosłych musiało odnaleźć się w nowej rzeczywistości – przekwalifikować się, podjąć pracę w innych branżach, nierzadko zaczynać wszystko od nowa. Dziećmi często zajmowali się dziadkowie, a nastolatki szybko uczyły się odpowiedzialności nie tylko za siebie, lecz także za młodsze rodzeństwo.
Ta przedwczesna dorosłość ma dziś swoją nazwę – psychologowie określają ją jako parentyfikację. W świetny sposób opowiada o tym z własnej perspektywy autorka wpisu na Threads:
W dalszej części dodaje już z perspektywy dzisiejszej 30- i 40-latki: "Dziś mam dorosłe życie, obowiązki, odpowiedzialność. I jestem zmęczona. Nie dlatego, że sobie nie radzę. Tylko dlatego, że nigdy nie miałam momentu, w którym ktoś był 'dorosły' za mnie.
A kiedy próbuję o tym powiedzieć, słyszę: 'Przecież zrobiliśmy dla ciebie tak wiele'. 'Przesadzasz'. 'Wymyślasz'. I to jest ten drugi cios. Pierwszy był wtedy, gdy za wcześnie musiałam być silna. Drugi – gdy dziś ktoś zaprzecza, że w ogóle tak było".
Autorka trafnie pokazuje to, z czym dziś mierzy się wielu milenialsów. To pokolenie, które w dzieciństwie często nie otrzymało wystarczającego wsparcia emocjonalnego. Byli zdani na siebie – chwaleni za samodzielność, odpowiedzialność i zaradność. Słyszeli, że "świetnie sobie radzą". Tyle że wciąż byli dziećmi, które nie powinny w każdej sytuacji musieć być dorosłe. Od odpowiedzialności za dom i emocje dorosłych są opiekunowie.
Zobacz także
Po latach przytulamy swoje wewnętrzne dziecko
Dziś wielu milenialsów nosi w sobie żal do rodziców – nie zawsze o brak miłości, lecz o brak uważności i wsparcia emocjonalnego. Być może dlatego 30- i 40-latkowie z taką nostalgią wracają do lat 90., do muzyki, filmów i przedmiotów ze swojego dzieciństwa. W ten sposób próbują zaopiekować się swoim "wewnętrznym dzieckiem".
Wracają myślami do tamtych lat i dają sobie prawo, by choć przez chwilę nie musieć być odpowiedzialnymi za wszystko i wszystkich. Jak przyznała w rozmowie ze mną psycholog Karolina Martin, z tego doświadczenia może wynikać także nadopiekuńczość współczesnych rodziców.
Ci, którzy sami musieli być nadmiernie odpowiedzialni, dziś często wychylają się w drugą stronę – chcą za wszelką cenę uchronić swoje dzieci przed podobnym ciężarem. Najtrudniejsze jest to, że milenialsi są dziś świadomi swoich braków i trudności. Wychowując własne dzieci, próbują jednocześnie wychowywać samych siebie – dbać o swoje emocje, stawiać granice, leczyć dawne rany.
To tak naprawdę podwójne rodzicielstwo bywa wyczerpujące, choć ma głęboki sens. Dodatkowym wyzwaniem jest fakt, że nie wszyscy rodzice milenialsów potrafią tę perspektywę zrozumieć i uznać. Nie każdy jest gotowy zmierzyć się z myślą, że w przeszłości mógł popełnić błędy.
Nie chodzi jednak o to, by dziś kogokolwiek rozliczać czy wzbudzać poczucie winy. Wielu rodziców wychowywało swoje dzieci najlepiej, jak potrafiło – w realiach, które same w sobie były trudne i wymagające.
Kluczowe wydaje się coś innego: przerwanie międzypokoleniowego schematu. Świadomość, rozmowa i próba zrozumienia własnych doświadczeń mogą sprawić, że kolejne pokolenie nie będzie musiało dorastać z poczuciem, że za wcześnie musiało być silne.
