
Dzień postaci z bajek, Halloween, 11 listopada, andrzejki, mikołajki – mam wrażenie, że każde przedszkolne i szkolne święto oznacza dziś dodatkową listę zadań dla rodziców. Chętnie angażuję się w życie placówek moich dzieci, ale nie przypominam sobie, żebym zapisywała się na drugi etat jako organizatorka szkolnych imprez i przedszkolna plastyczka.
Każda okazja to kolejna lista zadań dla rodziców
Dopiero minęły dwa miesiące roku szkolnego, a ja mam już serdecznie dość kolejnych wiadomości o przedszkolnych i szkolnych wydarzeniach, do których trzeba coś przygotować, kupić albo zorganizować.
Dzień postaci z bajek, Halloween, akademia z okazji 11 listopada, andrzejki, mikołajki – każda okazja wydaje się wymagać dodatkowego zaangażowania rodziców. I coraz częściej zastanawiam się, kiedy właściwie szkoła i przedszkole stały się moim, a nie moich dzieci, obowiązkiem.
Nie mam nic przeciwko temu, że przedszkola i szkoły organizują dzieciom dodatkowe wydarzenia, ani przeciwko temu, żeby rodzice byli choć odrobinę zaangażowani wżycie placówki. Wręcz przeciwnie, rozumiem, że takie święta w szkole i przedszkolu są dla dzieci atrakcyjne, pozwalają oderwać się od codziennej rutyny i po prostu dobrze się bawić. Problem zaczyna się wtedy, kiedy za każdym razem organizacja takiego wydarzenia oznacza kolejne obowiązki dla rodziców i to wcale nie zawsze takie małe.
Jest Dzień Postaci z Bajek? Dziecko powinno przyjść przebrane za ulubionego bohatera. Halloween? Oczywiście konkurs na najładniejszą dynię, którą w większości przypadków i tak przygotowują rodzice.
Zbliża się 11 listopada? Ja bez problemu ubiorę syna galowo na szkolną akademię, ale czy naprawdę muszę jeszcze po pracy umawiać się z innymi rodzicami na wspólne robienie kotylionów dla całego rocznika?
A przecież przed nami jeszcze andrzejki, mikołajki, świąteczne kiermasze, konkursy plastyczne i kolejne okazje, które wymagają przyniesienia czegoś z domu. Do tego dochodzą składki na prezenty, dekoracje, poczęstunki i atrakcje. Niby pojedynczo to drobiazgi, ale kiedy zbierze się je wszystkie, robi się z tego całkiem pokaźna lista obowiązków. A jak się ma jeszcze dzieci w więcej niż jednej placówce albo trzeba dla każdego z dzieci (a jest ich więcej niż jedno) przygotować coś, to robi się z tego cała długa lista.
Zaangażowanie rodziców nie oznacza pracy na drugi etat
Jestem mamą ucznia i przedszkolaka. Pracuję na pełen etat, mam dom do ogarnięcia, codzienne obowiązki i dwójkę dzieci, którym chcę poświęcać czas. Nie zawsze mam ochotę ani możliwość spędzać całego wieczoru na wycinaniu, klejeniu i malowaniu. Nie mam też szczególnych zdolności plastycznych, a moje dzieci nie potrzebują perfekcyjnych dekoracji, żeby dobrze się bawić.
I nie uważam, że to czyni mnie mniej zaangażowaną mamą. Chcę wiedzieć, co dzieje się w szkole i przedszkolu moich dzieci. Interesuję się ich rozwojem, rozmawiam z nimi o tym, czego się uczą, wspieram ich w trudnościach i współpracuję z nauczycielami.
Mogę pomóc w ważnym przedsięwzięciu, przynieść potrzebne materiały czy włączyć się w organizację wydarzenia, jeśli naprawdę jest taka potrzeba. Ale nie chcę, żeby współpraca z placówką oznaczała automatyczną gotowość do realizowania każdego kolejnego pomysłu.
Mam też wrażenie, że coraz częściej zapominamy, gdzie przebiega granica odpowiedzialności szkoły i rodziców. Nauczyciele mają trudną, wymagającą pracę, a ich obowiązków nie należy bagatelizować. Nie oznacza to jednak, że każdą dodatkową aktywność trzeba organizować rękami rodziców.
Zobacz także
Od czego w takim razie są zajęcia w szkole i przedszkolu?
Skoro tak dużo mówi się dziś o praktycznej nauce, kreatywności i rozwijaniu samodzielności dzieci, to może warto wykorzystać właśnie do tego czas spędzany w placówce? Kotyliony można zrobić na zajęciach plastycznych czy technicznych, elementy przebrania przygotować wspólnie w czasie wolnym po podwieczorku, a dynię ozdobić podczas zajęć ZPT. Dzieci będą miały z tego frajdę, a przy okazji nauczą się czegoś nowego.
Nie chodzi przecież o to, żeby rodzice całkowicie wycofali się z życia szkoły i przedszkola. Chodzi o rozsądne proporcje. Chciałabym, żebyśmy przestali traktować rodzicielskie zaangażowanie jak nieograniczony zasób.
Każdy ma swoje obowiązki, możliwości finansowe i czasowe. Nie wszyscy mogą poświęcić kilka wieczorów na przygotowanie atrakcji dla całej grupy czy klasy. I naprawdę nie powinniśmy mieć z tego powodu wyrzutów sumienia.




