Termometr, lekarstwa i pluszowy króliczek na łóżku chorego dziecka
Polina Tankilevitch / Pexels

W naszym domu to zwykle ja biorę wolne, gdy ośmiolatek albo czterolatka dostają gorączki. Za każdym razem słyszę, że jestem w tym wyjątkiem — i dane ZUS mnie nie pocieszają, bo opieka nad dziećmi wciąż w ogromnej większości spoczywa na matkach.

REKLAMA

Jest wpół do siódmej, mam już buty na nogach i kluczyki w dłoni, kiedy z pokoju czterolatki słyszę ciężkie, zaspane „tatooo". Dotykam czoła — gorące. Termometr potwierdza: 38,6. I wtedy, prawie bez słów, rozgrywa się między mną a żoną ta sama cicha narada co zawsze: kto dziś zostaje.

U nas odpowiedź najczęściej brzmi: ja. Nie dlatego, że jestem lepszym rodzicem — po prostu tak nam wyszło, że mój grafik łatwiej się rozciąga. Za każdym razem jednak słyszę, od rodziny, od znajomych, a czasem od samego siebie, że jestem w tym wyjątkiem. I wiecie co? Dane potwierdzają to aż za dobrze.

Liczby, które mówią same za siebie

Gdy dziecko choruje, w większości domów i tak zostaje mama — i nie jest to wyłącznie moje wrażenie. Opieka nad dziećmi obciąża kobiety od pierwszych tygodni życia malucha. Z danych ZUS za 2025 rok wynika, że mężczyźni stanowili zaledwie 33,4 proc. wszystkich osób pobierających zasiłek macierzyński. Mówiąc wprost: w dwóch na trzy przypadki to matka odkładała pracę na bok.

W jednej rubryce widać jednak wyraźny ruch. Przy urlopie rodzicielskim udział ojców wzrósł z 12,3 proc. w 2024 roku do 16,7 proc. rok później — o ponad cztery punkty procentowe, i to mimo spadku liczby urodzeń. Wciąż mało, ale kierunek jest dobry. A jeśli jesteś ciekaw, jak naprawdę działa L4 na dziecko i co rodzice najczęściej robią przy nim źle, to temat na osobną rozmowę.

Dlaczego to zwykle zostaje mama

Nie sądzę, żeby chodziło o to, że ojcowie nie potrafią albo nie chcą. Przyczyny są bardziej prozaiczne i nawarstwiają się latami. Często to matka zarabia mniej, więc „na chłodno" uznajemy, że jej nieobecność w pracy mniej kosztuje. Często w firmie ojca panuje ciche założenie, że facet raczej nie bierze wolnego na katar dziecka. A najczęściej po prostu działa przyzwyczajenie: opieka domyślnie spływa na kobietę, tak samo jak podział obowiązków w polskich domach wciąż w większości spływa na nią.

Znam to od środka, bo gdy pierwszy raz zadzwoniłem do szefa, że syn ma ospę i mnie nie będzie, głos miałem taki, jakbym się tłumaczył z przewinienia. Mamy tego nie robią — i bardzo dobrze. Ja musiałem się tego nauczyć, a przy drugim dziecku szło już znacznie łatwiej.

Co ciekawe, dla moich dzieci nie ma w tym nic dziwnego. Ośmiolatek pyta rano po prostu „kto dziś ze mną zostaje", a nie „czy mama zostaje". I myślę, że to jest cała stawka tej gry: dzieci uczą się ról, które widzą w domu, a nie tych, o których słyszą na akademiach.

Dwa dni, o których wielu ojców nie wie

Warto znać swoje możliwości, bo prawo daje więcej, niż się wydaje. Poza płatnym zasiłkiem opiekuńczym każdemu pracującemu rodzicowi przysługują dwa płatne dni opieki nad dzieckiem w roku — i to niezależnie od tego, czy maluch choruje, czy po prostu trzeba go gdzieś pilnie odprowadzić. Co ważne, te uprawnienia ma tak samo ojciec jak matka. Nikt nie wręczy nam ich w pracy z własnej woli; trzeba po nie sięgnąć.

Gdy już zostaję w domu z gorączkującym dzieckiem, i tak najtrudniejsza bywa jedna decyzja: czekać czy jechać do lekarza. Pomaga mi wtedy wiedza, czy gorączka to wirus, czy bakteria, bo od tego zależy, czy wystarczą koc, płyny i cierpliwość, czy jednak potrzebny jest kontakt z przychodnią.

Powoli, ale się zmienia

Mam jednak wrażenie, że grunt się rusza. Odkąd kilka lat temu zmieniły się przepisy o urlopach, polscy ojcowie coraz śmielej z nich korzystają — widać to choćby po rewolucji ojców w urlopie rodzicielskim, która trwa od trzech lat. Zostawanie z chorym dzieckiem to ten sam mięsień, tylko ćwiczony na co dzień.

Nie piszę tego, żeby kogokolwiek pouczać ani dokładać komuś poczucia winy — każda rodzina układa to po swojemu i wiele z tych układów jest dobrych. Chcę tylko powiedzieć kolegom-ojcom jedno: wzięcie wolnego, gdy dziecko choruje, to nie przysługa, którą robimy partnerce. To zwyczajnie nasza część opieki. A dzień spędzony pod kocem z czterolatką, która zasypia na twoim ramieniu w połowie bajki, naprawdę nie jest dniem straconym. Nawet jeśli statystyka wciąż uparcie twierdzi, że to u ojców rzadkość.