tata wraca z synem ze szkoły
Rodzice czasami mylą pomoc z wyręczaniem dzieci. fot. cottonbro studio/Pexels

Chcemy wychować zaradne dzieci, ale coraz częściej nie pozwalamy im nawet potknąć się o własne błędy. Nosimy plecaki, pilnujemy szkolnych obowiązków i usuwamy z drogi każdą przeszkodę, a potem dziwimy się, że nastolatki nie radzą sobie z porażkami. Ostatnio pod szkołą zobaczyłam scenę, która znów przypomniała mi, jak łatwo pomylić rodzicielską troskę z wyręczaniem dziecka na każdym kroku.

REKLAMA

Rodzice wyręczają dzieci we wszystkim

Codziennie rano odprowadzam syna do szkoły i za każdym razem widzę to samo. Na ulicy prowadzącej prosto do placówki mijam dziesiątki rodziców i dzieci. Jedne idą za rękę z mamą lub tatą, inne maszerują samodzielnie albo w towarzystwie kolegów. I uwierzcie mi, nie trzeba nawet przekraczać progu szkoły, żeby zobaczyć, jak bardzo niektórzy dorośli mylą wspieranie dziecka z wyręczaniem go we wszystkim.

Kiedy mój młodszy syn chodził do przedszkola, regularnie widywałam mamy, które zmieniały buty całkiem już dużym dzieciom, a następnie brały je na ręce i zanosiły prosto do sali. Rozumiem, że poranki bywają trudne, że czasami się spieszymy i że nie każde dziecko od razu radzi sobie ze wszystkim. Tyle że między pomocą, której dziecko rzeczywiście potrzebuje, a robieniem za nie rzeczy, które spokojnie mogłoby wykonać samo, jest ogromna różnica.

Kilka dni temu pod szkołą zobaczyłam jednak coś, co jeszcze bardziej mnie zdziwiło. Ojciec niósł plecak swojego dziecka. Nie chodziło o pierwszoklasistę, który dopiero przyzwyczaja się do szkolnej rzeczywistości. Mowa o mniej więcej dziesięcioletnim chłopcu, czyli dziecku, które najpewniej jest już w czwartej klasie. I pomyślałam sobie, że naprawdę zaczynamy przesadzać.

Dziesięciolatek nie jest już maluchem

Oczywiście, nie wiem, dlaczego ten tata być może niósł plecak. Mogło być tak, że chłopiec źle się czuł, miał kontuzję albo wydarzyło się coś, czego nie widać na pierwszy rzut oka. Nie zamierzam oceniać jednej sytuacji bez znajomości jej kontekstu, ale była ona dla mnie punktem wyjścia do rozważań. Problem zaczyna się wtedy, gdy takie wyręczanie staje się codziennością, a rodzic nawet nie dopuszcza myśli, że jego dziecko mogłoby samo ponosić odpowiedzialność za swoje rzeczy.

Dziesięciolatek nie musi być samowystarczalny. Nadal potrzebuje opieki, wsparcia i dorosłego, który pomoże mu wtedy, gdy sytuacja go przerasta. Ale jest już na tyle duży, że powinien mieć swoje obowiązki. Może sam spakować plecak, zadbać o kurtkę i buty, a także ponosić konsekwencje tego, że o czymś zapomniał. Nie chodzi o to, żeby zostawić dziecko samo sobie, ale o to, żeby dać mu przestrzeń do ćwiczenia samodzielności.

Jeśli na każdym kroku będziemy zdejmować z dzieci nawet najmniejsze ciężary, trudno oczekiwać, że pewnego dnia nagle staną się odpowiedzialnymi nastolatkami czy dorosłymi. Jak będziemy wyręczać dziesięciolatka w noszeniu plecaka, to co zrobimy za pięć lat? Nadal będziemy pakować mu książki, przypominać o każdej pracy domowej i sprzątać jego pokój? A może z dwudziestolatkiem pójdziemy na rozmowę o pracę, żeby przypadkiem nie musiał mierzyć się ze stresem?

Brzmi absurdalnie, ale przecież samodzielność nie pojawia się magicznie w dniu osiemnastych urodzin. Dziecko uczy się jej przez lata, wykonując coraz trudniejsze zadania, podejmując decyzje i przekonując się, że nie zawsze wszystko idzie po jego myśli.

Najpierw nie dajemy wyzwań, a potem narzekamy na płatki śniegu

Bardzo często słyszę narzekania na współczesne dzieci i nastolatki. Że są nieodporne psychicznie, że nie radzą sobie z porażkami, że oczekują, iż ktoś wszystko za nich załatwi. Że wystarczy gorsza ocena, trudniejsza rozmowa czy zwykła odmowa, żeby cały świat im się zawalił. Tylko czy ktoś zastanawia się czasem, skąd bierze się ten problem?

Nie twierdzę, że nadmierne wyręczanie rodziców odpowiada za wszystkie trudności młodych ludzi. Na ich kondycję psychiczną wpływa wiele czynników. Ale trudno nie zauważyć sprzeczności w zachowaniu dorosłych, którzy przez całe dzieciństwo usuwają swoim pociechom z drogi każdą przeszkodę, a potem oczekują, że nastolatek będzie zaradny, odporny i gotowy na dorosłe życie.

Nie pozwalamy dziecku samodzielnie pójść do szkoły, bo przecież może coś mu się stać. Nie pozwalamy mu spakować plecaka, bo zrobi to niedokładnie. Nie pozwalamy zapomnieć o zadaniu, bo nie chcemy, żeby dostało gorszą ocenę. Nie dajemy mu szansy na rozwiązanie konfliktu z kolegą, bo natychmiast interweniujemy. A później dziwimy się, że młody człowiek nie potrafi poradzić sobie bez pomocy dorosłego.

Samodzielność wymaga praktyki. Tak samo jak odporność na trudności, odpowiedzialność i umiejętność radzenia sobie z konsekwencjami własnych decyzji. Nie nauczymy dzieci tych rzeczy, jeśli będziemy stale stali nad nimi z wyciągniętą ręką.

Nie jestem zwolenniczką rzucania dzieci na głęboką wodę ani udowadniania im za wszelką cenę, że muszą sobie radzić same. Dzieci potrzebują bezpiecznej relacji z dorosłymi, poczucia, że mogą prosić o pomoc, i pewności, że po błędzie nie stracą naszego wsparcia. Ale właśnie dlatego powinniśmy pozwalać im próbować, nawet jeśli robią coś wolniej, mniej dokładnie albo inaczej, niż zrobilibyśmy to sami.