Chłopiec na barana u taty, widok od tyłu
Athena Sandrini / Pexels

Wieczorem w naszym salonie odbywają się zapasy: ośmiolatek kontra tata, a czterolatka sędziuje i co chwilę sama rzuca się do walki. Długo traktowałem to jako zwykłe wygłupy na koniec dnia. Okazuje się, że naukowcy patrzą na takie zabawy znacznie poważniej.

REKLAMA

Zaczyna się zwykle niewinnie. Syn podchodzi od tyłu, wskakuje mi na plecy i ogłasza, że jest „najsilniejszym zawodnikiem świata”. Po minucie leżymy na dywanie, córka krzyczy, że też chce, a ja udaję, że nie daję rady czterem małym rękom. Przez lata myślałem o tym jako o czymś, co po prostu się dzieje, kiedy tata wraca z pracy. Takie ojcowskie wariactwo, które mama kwituje przewróceniem oczu.

Obraz „taty od wygłupów” jest zresztą mocno zakorzeniony. Ojciec ma być od zabawy, matka od całej reszty, a za tym często idzie przekonanie, że to, co robi tata, jest mniej ważne. Dobrze opisuje to tekst o tym, jak w Polsce wciąż ojcostwo traktowane jest jako gorsze rodzicielstwo. Tymczasem akurat ta „niepoważna” część ojcowskiego repertuaru doczekała się całkiem poważnych badań.

Co wiadomo o zabawach fizycznych z tatą

W 2020 roku badacze z Wydziału Edukacji Uniwersytetu Cambridge i LEGO Foundation – Annabel Amodia-Bidakowska, Ciara Laverty i Paul Ramchandani – opublikowali w czasopiśmie „Developmental Review” przegląd systematyczny badań o zabawie ojców z dziećmi. Przeanalizowali 78 prac z lat 1977–2017, głównie z Europy i Ameryki Północnej.

Z przeglądu wynika, że ojcowie chętnie bawią się z dziećmi fizycznie – łaskotki, gonitwy, noszenie na barana – i to już z najmłodszymi, w wieku do 3 lat. Najciekawsze jest jednak co innego: w niemal wszystkich analizowanych badaniach zabawa z tatą wiązała się z lepszą zdolnością dziecka do panowania nad emocjami. Dzieci, które spędzały z ojcami dobrej jakości czas na zabawie, rzadziej miały problemy z nadpobudliwością i zachowaniem, a lepiej radziły sobie z kontrolowaniem agresji.

Brzmi świetnie, ale muszę ostudzić własny entuzjazm. To są związki, a nie dowód, że siłowanie się „robi” dziecku samokontrolę. Autorzy sami przestrzegają przed przecenianiem wyników: wiele uwzględnionych badań było małych, a zabawa ojców bywała w nich wątkiem pobocznym. Możliwe na przykład, że ojcowie, którzy dużo się bawią, są po prostu bardziej zaangażowani na co dzień. A zaangażowanie samo w sobie ma znaczenie, o czym przypominają też doniesienia o tym, jak ojcostwo przebudowuje męski mózg.

Nie chodzi o to, kto wygra

Drugi przegląd, z 2021 roku, opublikowały w czasopiśmie „Children” Erin Robinson, Jennifer StGeorge i Emily Freeman. Objął 39 publikacji o zabawie ojców z dziećmi w wieku do 10 lat. Jego wnioski są mniej jednoznaczne i – jako tatę – bardziej mnie zastanawiają. W części badań nad siłowaniem się więcej takich zabaw wcale nie oznaczało lepszych wyników. Słabsze oceny relacji z rówieśnikami wiązały się zwłaszcza z zabawą, w której pojawiały się negatywne emocje.

Autorki zwracają uwagę, że liczy się nie tyle częstotliwość, ile jakość zabawy. Przywołują wcześniejsze prace sugerujące, że dobra „szamotanina” to taka, w której dorosły dzieli się wygranymi i przegranymi i chwali wysiłek dziecka. U nas przekłada się to na prostą rzecz: nie wygrywam zawsze, ale też nie przegrywam za każdym razem. Syn musi się czasem napracować, a czasem przekonać, że porażka to nie koniec świata. To zresztą osobny temat, bo gdy dziecko nie umie przegrywać, łatwo wpaść w pułapkę ciągłego dawania mu forów.

Nasze domowe zasady

To nie są zalecenia ekspertów, tylko reguły, które wypracowaliśmy z dziećmi metodą prób i błędów. Działają, bo są proste i wszyscy je znają:

  • Słowo „stop” kończy zabawę natychmiast. Bez dyskusji i bez „jeszcze tylko raz” – także wtedy, gdy mówi je tata.
  • Nie łapiemy za szyję i głowę, nie skaczemy na brzuch. Reszta dywanu jest polem walki.
  • Siłę dopasowuję do przeciwnika. Z ośmiolatkiem mogę pozwolić sobie na więcej, z czterolatką prawie wszystko dzieje się w zwolnionym tempie.
  • Kończymy, zanim ktoś się rozpłacze. Gdy widzę, że emocje rosną szybciej niż śmiech, ogłaszam przerwę na wodę.
  • Na koniec wyciszenie. Po zapasach przychodzi czas na coś spokojnego, inaczej zasypianie zamienia się w drugą rundę.
  • Nie każde dziecko lubi się siłować

    Córka ma zupełnie inny temperament niż brat. Zamiast zapasów woli zabawy, w których jest blisko, ale bez przepychanek. Jej ulubione to zawijanie dziecka w naleśnika z koca, z którego potem „wydostaje się” z wielkim hukiem. To też zabawa ruchowa, tylko w jej stylu.

    Nie ma jednego wzorca i nie ma też męskiego monopolu. Autorzy przeglądu z Cambridge zaznaczają, że dzieci wychowywane przez same mamy nie muszą być w gorszej sytuacji, bo zabawę fizyczną może zaproponować każdy rodzic. U nas mama jest zresztą groźniejszym przeciwnikiem w bitwie na poduszki niż ja.

    Co z tego wynika dla taty po pracy

    Najważniejszy wniosek, jaki wyciągam: nie potrzebuję planu, scenariusza ani pomocy edukacyjnych. Kwadrans na dywanie, z jasnymi zasadami i bez telefonu w kieszeni, często znaczy więcej niż kolejna „rozwijająca” zabawka. Amerykańska Akademia Pediatrii w materiałach o znaczeniu zabawy dla rozwoju dzieci podkreśla, że to obecność i uwaga rodzica, a nie drogie zabawki, najbardziej wzbogacają dziecko.

    A gdy jestem zbyt zmęczony na zapasy? Wtedy zabawa przenosi się na kanapę i to też jest w porządku. Na MamaDu pisaliśmy już, dlaczego warto, żeby tata czytał dziecku książki. Wieczorna lektura nie jest gorszą wersją ojcowskiego czasu. Jest po prostu inną.