
Matka kazała dwóm synom poczekać na bieszczadzkim szlaku i sama ruszyła na szczyt, a internet szybko wydał wyrok: wyrodna, egoistyczna, nieodpowiedzialna. Nie zamierzam bronić jej decyzji, bo w górach bezpieczeństwo dzieci jest ważniejsze niż zdobycie kolejnego szczytu, ale wyobrażam sobie, że za jej decyzją nie stał egoizm, a może po ludzku zabrakło jej cierpliwości. Jak czasem niestety każdemu rodzicowi.
W górach nie chodzi o zdobywanie szczytów za wszelką cenę
Jestem matką, która od początku rodzicielstwa zabiera dzieci w góry. Nie mówimy tu o wysokich szczytach, gdzie na szlakach trzeba być zaawansowanym. Raczej są to łatwe wędrówki np. w Bieszczadach. Trzymiesięcznego niemowlaka wzięłam w chuście na Smerek, a gdy starszy syn miał dwa lata, wszedł na ten sam szczyt o własnych siłach.
Nie jestem jednak zwolenniczką udowadniania czegokolwiek za wszelką cenę. Dlatego kiedy przeczytałam historię matki, która zostawiła dwóch synów na bieszczadzkim szlaku i sama poszła zdobywać szczyt, pomyślałam o dwóch rzeczach.
O tym, że nie powinna była tego robić.
I o tym, że jej cierpliwość mogła z różnych powodów na chwilę się wyczerpać i podjęła niezbyt odpowiedzialną decyzję.
A nie o tym, że jest złą matką.
17 października na Bukowym Berdzie w Bieszczadach turyści z rzeszowskiego oddziału PTTK spotkali dwóch chłopców. Ośmiolatek płakał, a jego 14-letni brat był zdezorientowany. Jak wynika z relacji opublikowanej przez PTTK, matka miała zostawić synów na szlaku, ponieważ nie chcieli iść dalej, i ruszyć sama w stronę szczytu, po czym wrócić do nich.
Kobieta wróciła po około kwadransie od momentu, kiedy grupa związana z PTTK spotkała chłopców. Autor relacji zwrócił uwagę na mgłę i niebezpieczeństwo, na jakie naraziła synów matka, a także na jej reakcję na krytykę. W poście na Facebooku zaznaczono, że kobieta nie wyrażała skruchy z powodu zostawienia synów.
Nie zamierzam bronić jej decyzji. Góry potrafią zaskoczyć nawet doświadczonych turystów, a pogoda zmienia się szybko. W Bieszczadach trzeba brać pod uwagę również dzikie zwierzęta. Pozostawienie dzieci samych w takich warunkach było nieodpowiedzialne. Żaden szczyt nie jest wart ryzykowania ich bezpieczeństwa.
Ale kiedy czytam komentarze o wyrodnej matce, która porzuciła dzieci, zastanawiam się, czy osoby komentujące trochę nie przesadzają. Bo w tej historii widzę nie tylko nieodpowiedzialną decyzję. Widzę również rodzica, któremu najwyraźniej skończyła się cierpliwość.
Kocham swoje dzieci, ale nie zawsze mam do nich cierpliwość
Jestem zwolenniczką zabierania dzieci w góry. Nie po to, żeby zaliczały kolejne szczyty i udowadniały, że są twarde, ale dlatego, że taka wędrówka może być dla nich cennym doświadczeniem. Uczy wytrwałości, pozwala mierzyć się ze swoimi słabościami i daje ogromną satysfakcję, kiedy po wysiłku wreszcie docierają do celu.
Oczywiście pod warunkiem, że wyzwanie jest dostosowane do ich możliwości, a dorosły potrafi rozpoznać moment, w którym trzeba odpuścić. Góry nie są miejscem na realizowanie rodzicielskich ambicji kosztem dziecka. Jeśli syn czy córka naprawdę nie dają rady, zawracamy. Szczyt nie ucieknie.
Znam jednak również drugą stronę rodzicielstwa. Tę, w której człowiek przygotowuje wycieczkę, pakuje plecaki, organizuje cały dzień, a potem przez kolejne godziny słyszy narzekanie. Jest za daleko, za stromo, za nudno, nogi bolą, chce się pić, chce się jeść i w ogóle po co tu przyszliśmy.
Moje dzieci są młodsze (starszy syn ma 8 lat) i takie wędrówki górskie wiążą się też ze sprawdzianem mojego podejścia – zagaduję ich kiedy narzekają, wymyślamy gry słowne, śpiewamy i żartujemy, żeby przemóc tę nieprzyjemną atmosferę. Kiedy widzę też, że naprawdę nie dają rady, umiem odpuścić i powiedzieć "wracamy". W przypadku 14-latka takie zabiegi pewnie już by się nie sprawdziły.
Można kochać swoje dzieci nad życie i jednocześnie mieć serdecznie dość w takiej sytuacji. Nie widzę w tym żadnej sprzeczności. Rodzicielstwo nie sprawia przecież, że nagle przestajemy się denerwować, męczyć i tracić cierpliwość.
Szczególnie że w tej historii nie mówimy o dwójce maluchów, które nie rozumieją, gdzie się znalazły. Mówimy o 8- i 14-latku. Starszy chłopiec jest już nastolatkiem, a jego zachowania mogą być dla rodzica trudne do zrozumienia. Dorastanie to czas zmian, silnych emocji i nie zawsze racjonalnych decyzji. Nawet najbardziej cierpliwa matka może w pewnym momencie poczuć, że ma już wszystkiego dość i jak nastolatek nie chce to nie będzie go zmuszała.
Czternastolatek to nie przedszkolak
Ktoś może powiedzieć, że skoro nastolatek marudzi na szlaku, to znaczy, że rodzice nie nauczyli go wytrwałości. Być może. Nie znam tej rodziny, nie wiem, jak wygląda ich codzienność i co wydarzyło się podczas tej wyprawy. Nie zamierzam więc oceniać całego wychowania na podstawie jednej relacji.
Zastanawia mnie jednak, dlaczego w podobnych dyskusjach tak łatwo zapominamy, że 14-latek w wielu sytuacjach funkcjonuje już całkiem samodzielnie. Nastolatki wyjeżdżają na kolonie, uczestniczą w rajdach harcerskich, nocują poza domem i poruszają się bez rodziców. Nie oznacza to oczywiście, że można zostawić je w dowolnym miejscu i każdych warunkach. Samodzielność nie zwalnia dorosłych z odpowiedzialności, szczególnie że w Bieszczadach na szlakach i poza nimi niebezpieczeństwem są też np. niedźwiedzie.
Nie oznacza też, że nastolatek zawsze zachowa się rozsądnie. Właśnie dlatego potrzebuje rodzica, który potrafi postawić granicę, ale również zareagować odpowiednio do sytuacji.
Kobieta o której pisze PTTK Rzeszów mogła zawrócić, zrobić przerwę albo zrezygnować ze szczytu. Mogła też jasno powiedzieć synom, że ich zachowanie jest nie w porządku. Nie powinna jednak zostawiać ich samych w górach, szczególnie przy takiej pogodzie. Rozumiem jej frustrację, ale nie usprawiedliwiam jej decyzji. To dwie zupełnie różne rzeczy.
Zobacz także
Rodzice też mają prawo mieć dość
Mam wrażenie, że coraz częściej oczekujemy od rodziców nie tylko odpowiedzialności, ale wręcz nieustannej emocjonalnej doskonałości. Mają być cierpliwi, empatyczni, wyrozumiali i opanowani. Mają rozumieć dziecięce emocje, regulować własne, wspierać, tłumaczyć i nie podnosić głosu. Nawet wtedy, kiedy sami są zmęczeni, niewyspani i na skraju wytrzymałości.
Tylko że rodzic nie jest maszyną do zapewniania dzieciom dobrostanu. Jest człowiekiem, który czasami też traci zdolność bycia alfą i omegą. Może się zdenerwować, może żałować, że zaplanował wycieczkę, może mieć ochotę usiąść na kamieniu i przez pięć minut nie słyszeć ani jednego pytania.
Nie ma w tym nic złego, dopóki potrafimy zadbać o bezpieczeństwo dzieci i nie przerzucamy na nie odpowiedzialności za własne emocje. Czasem najlepszym rozwiązaniem jest zmiana planów. Czasem trzeba odpuścić, choć bardzo chcieliśmy dotrzeć na szczyt. A czasem warto przyznać przed samym sobą, że potrzebujemy przerwy, zanim powiemy lub zrobimy coś, czego będziemy żałować.
Dlatego nie chcę urządzać publicznego sądu nad matką, którą dziś za wycieczkę po bieszczadzkim szlaku osądza cała Polska. Nie dlatego, że uważam jej zachowanie za właściwe. Uważam, że popełniła błąd, który mógł mieć poważne konsekwencje. Ale nie wiem, jak wyglądało te kilkanaście minut jej frustracji, ile razy próbowała przekonać synów do dalszej drogi i co działo się wcześniej.
Wiem natomiast, że można kochać dzieci i czasem mieć ich serdecznie dość. Można chcieć dla nich dobrze, a jednocześnie nie mieć siły na kolejne negocjacje. Można być dobrym rodzicem i popełnić błąd. Zanim zaczniecie ją osądzać, zastanówcie się, ile razy same miałyście dość swoich dzieci.




